Rumunia
GALERIA ZDJĘĆ
Wstęp
Od kilku lat z Piotrkiem planowaliśmy podróż do Rumunii. Praktycznie, co roku pomysł ten odżywał i równie szybko upadał ze względu na liczne przeciwności. Tego lata w końcu udało się go zrealizować. Oczywiście nie obyło się bez drobnych komplikacji, gdyż w ostatniej chwili Marcin zachorował na zapalenie płuca i ‘wypadł’ z ekipy. Pozostało nam, więc pojechać w 3 – ja, Piotrek i Aga.
Czwartek 19.07.2007
Chwilę po 22 pojawiam się na dworcu Łódź Kaliska i czekam na Agnieszkę, żeby ok. 23 wsiąść do pociągu relacji Włocławek – Łódź – Zakopane, w którym jedzie już Piotrek. Przedział dzielimy z sympatyczną parą nowożeńców, więc podróż szybko zlatuje na rozmowie i spaniu.
Piątek 20.07.2007
Rano docieramy do Zakopanego i przedostajemy się busem na przejście graniczne w Łysej Polanie, skąd po słowackiej stronie łapiemy autobus do Popradu. Cała uciążliwość przeprawy do Rumunii polega na tym, że nie ma żadnego bezpośredniego połączenia w rozsądnej cenie, gdyż trzeba dużo dopłacać za przekraczanie granicy pociągiem lub autobusem. Lepiej jest, więc pokonywać granicę pieszo, co pozwala zaoszczędzić nawet połowę ceny biletu bezpośredniego, ale skazujemy się na liczne przesiadki.
W Popradzie jesteśmy po 10 i wsiadamy w pociąg do Kosice. Wpadamy na pomysł, aby z Koszyc przedostać się na stopa do granicy Węgierskiej. Niestety upał powoli staje się nie do zniesienia, a Koszyce są większe niż nam się wydawało, więc zostajemy przy pierwotnej wersji podróży pociągiem do Miskolc’a na Węgrzech. Po 15 wsiadamy do właściwego pociągu i zaczyna się najgorszy etap całej podróży. Upał 40°C, pociąg nagrzany do granic możliwości, a co gorsze siedzenia są obite jakąś a la skórą, która jedynie powoduje przyklejanie się do foteli. Cali jesteśmy spoceni i przyświeca mi tylko jedna myśl – jak dobrze pójdzie to może za jakieś 30h zobaczę łazienkę. W tym momencie podróży strasznie żałowałem, że się zdecydowałem na tę wyprawę.
O 17 jesteśmy w Miskolc’u i z pomocą pewnego Węgra, który mówił po angielsku udaje nam się przedostać miejską komunikacją na dworzec autobusowy. Miłym zaskoczeniem był fakt, że niektóre miejskie autobusy są wyposażone w klimatyzację, podobnie jak te zamiejscowe. Ok. 19 odpoczywamy już sobie w chłodziku w drodze do Debrecen. Po raz pierwszy też poczuliśmy się jak burżuje z Zachodu, bo kupując bilet, kiedy zobaczyłem cenę to myślałem, że dotyczy ona jednego biletu, a nie trzech. Wszystko przez to, że dostaliśmy 50% zniżki dla studentów.
Po osiągnięciu celu ponownie przeprawa przez miasto – tym razem pieszo i dotarcie do dworca kolejowego. Cały czas jest masakrycznie gorąco i zbawieniem jest dla mnie Cola za automatu. Po 22 wsiadamy do pociągu Debrecen – Nyirabrany i po ok. 30min jesteśmy przy granicy z Rumunią.
Nocujemy na stacji kolejowej, gdzie mamy dostęp do toalety i hydrantu głębinowego, co pozwala się nieco schłodzić i umyć.
Sobota 21.07.2007
Z samego rana przekraczamy granice i witaj Rumunio. Zachwyt szybko opada jak się spojrzy na mapę i zorientuje, że trzeba jeszcze pokonać ok. 400km. Zaraz po przejściu do kraju Draculi momentalnie zatrzymuje się jakiś kierowca oferując ‘super korzystną’ formę przejazdu licząc sobie drożej niż taxi. Oczywiście szybko rezygnujemy z jego propozycji i postanawiamy łapać stopa. Rumunia z tego, co czytaliśmy miała być idealnym miejscem do podróżowania autostopem i rzeczywiście była. Po chwili zatrzymujemy kultowy, rumuński samochód Dacia’e i jedziemy 10km do Valea Lui Mihai. Stamtąd po 15min czekania łapiemy okazję do Oradea i 60km przemierzamy ponownie Dacią ze strażnikiem granicznym. W Oradea bierzemy taxówkę i wyjeżdżamy za miasto. Tutaj wychodzi na jaw nasza niewiedza i taksówkarz robi kurs swojego życia kasując nas na 8 Euro, a normalna cena to 8 Lei (ok. 10zł). Przynajmniej puścił nam na maxa jakieś rumuńskie disco polo żebyśmy się pośmiali.
Stojąc przy jednej z większych dróg krajowych próbujemy zatrzymać kogoś, kto zabierze nas do Cluj Napoca (150km), a tak naprawdę naszym celem jest Sibiu (300km). Po 20min zatrzymuje się kolejna Dacia. Jej kierowcą okazuje się miły student – Wiktor, który tak się składa, że akurat jedzie za Sibiu, więc jesteśmy skazani na siebie przez następne 5h jazdy. Podróż jest średnio wygodna, bo musimy włożyć 3 duże plecaki do środka, gdyż bagażnik jest już zawalony, ale jakoś dajemy radę. Wiktor zatrzymuje się specjalnie dla nas na przełęczy górskiej, abyśmy mogli porobić kilka zdjęć. Dacia nie jest w najlepszym stanie i z powodu upałów cały czas musimy dolewać wody do chłodnicy. Wiktor się śmieje, że na szczęście to auto firmowe, więc jak się popsuje to je zostawi. Po dotarciu do Cluj Napoca samochód zaczyna coś szwankować i zatrzymujemy się na dłuższy postój, aby silnik trochę ochłonął. Po raz kolejny spotykamy się z wielką chęcią niesienia pomocy przez Rumunów. Jeden facet widząc nasze kłopoty z autem sam z siebie zaoferował pomoc przy jego naprawie, gdyż sam miał podobne problemy ze swoją maszyną. Po chwili wrócił z wodą destylowaną i jakimiś żelem do chłodnic. Śmieje się, że ten jego żel to jeszcze wysadzi silnik, bo mam pewne wątpliwości, co do jego zastosowania wynikającego z instrukcji. Wszyscy podłapują temat i jest dość wesoło, aż do czasu jak po 2km dalszej podróży rozwaliło chłodnicę. Wiktorowi, który był tak chętny zostawić auto szefa, nie jest już do śmiechu. Przez blisko godzinę rozmawia przez komórkę i próbuje dowiedzieć się jak naprawić Dacie lub jak dojechać do najbliższego serwisu. W końcu próbujemy pojechać dalej, ale okazuje się, że działa tylko pierwszy i drugi bieg, a na pozostałych jest efekt ‘żabki’. Z powodu, że robi się późno decydujemy się zostawić Wiktora i przesiąść się do autobusu. Podjeżdżając na przystanek okazuje się, że autokar akurat odjeżdża, ale na szczęście udaje nam się go zatrzymać, więc mamy błyskawiczną zmianę środka lokomocji i kontynuujemy naszą podróż do Sibiu.
Po 21 docieramy do Sibiu, która w tym roku jest europejską stolica kultury. Moje pierwsze wrażenia – miasto tragedia (jak to Aga określiła jeden wielki śmietnik). Połowa domów wygląda jakby przed chwilą dostała z granatnika. Wszystko jest szare i nieciekawe, jeden wielki slams. Zastanawiam się jak takie coś mogło zostać europejską stolicą kultury. Moje wrażenia dopiero ulegną zmianie po drugiej wizycie w tym mieście.
 Lądujemy na dworcu i musimy znaleźć nocleg, co okazuje się dosyć trudnym zadaniem. Mało osób rozmawia po angielsku, a jak już rozmawiają to nie umieją wskazać żadnego konkretnego hotelu. Postanawiamy, że udamy się do najtańszego miejsca oferującego nocleg z przewodnika. Zanim udało nam się jednak znaleźć taksówkę zagadał nas pewien koleś oferujący tanie noclegi. Miał przy sobie nawet zdjęcia prezentujące rzekomą kwaterę. Po szybkich negocjacjach zbijamy cenę z 10 do 8 Euro za osobę i udajemy się pod wskazany adres. Trzeba powiedzieć, że okolica przypomina najgorsze boczne uliczki polskich miast. Sama kwatera na szczęście jest taka jak nas zapewniano – ładna łazienka, kuchnia i ogromna sypialnia. Dodatkowo jest TV z satelitą. Zmęczeni szybko się myjemy i gotujemy coś na kolację. Podczas, gdy Agnieszka się kąpała obejrzeliśmy z Piotrkiem dokument o niebezpiecznych zwierzętach w tym atakach niedźwiedzi na ludzi. Nie było nam do śmiechu na myśl, że można takiego delikwenta spotkać w górach (jakiś miesiąc przed naszym wyjazdem niedźwiedź rozszarpał dwójkę amerykańskich turystów zaraz obok schroniska). Później tak się wczułem w oglądanie TV, że do 2 w nocy śledziłem losy bohaterów, którzy wydostawali się z jakiegoś kanionu w USA.
Niedziela 22.07.2007
Rano powoli zwlekamy się na pociąg pędzącego w Fogarasze do Ucea. Na 15min przed odjazdem pociągu Aga stwierdza, że zostawiła komórkę na kwaterze. Piotrek szaleńczo biegnie, aby ją odnaleźć, po chwili się jednak okazuje, że komórka była schowana w bocznej kieszeni plecaka. Na szczęście Piotrek zdążył wrócić minutę przed odjazdem. W godzinę docieramy do Ucea, skąd łapiemy stopa do Victoria’i. Pośpiesznie robimy zakupy, głównie zaopatrując się w wodę. Spotykamy tutaj Cygankę, która okazuje się mieszkać w Polsce i spokojnie można z nią porozmawiać w naszym rodzimym języku. Piotrek z jej pomocą załatwia transport na szlak w postaci wozu z koniem za 30 Lei. Transport może być, ale z ceny nie jestem zbyt zadowolony, bo to prawie 40zł i za taką kwotę bez problemu dojechałbym tam taksówką. Humor poprawia mi fakt, że jak wysiedliśmy z wozu to pazernym Cyganom odpadło od niego koło. Najwyraźniej kara boska.
Zarzucamy plecaki na plecy i z wysokości 500m n.p.m. ruszamy polną drogą, a później lasem, aby dotrzeć do doliny na 1500m. Ciężar plecaków wyraźnie daje o sobie znać, tym bardziej, że każdy taszczy 2,5l wody. Cały czas idziemy przy strumieniu i w cieniu drzew, więc przynajmniej jest znacznie chłodniej niż na nizinach. W pewnym momencie ścieżki łamie się pode mną kamień i zaliczam glebę. Na szczęście nic mi się nie stało, bo zatrzymałem się w miejscu i nie zleciałem po zboczu. Podroż powoli staje się trochę nużąca, gdyż cały czas drepcze się po lesie i nie widać końca. Co jakiś czas strumień przecinają niepewne mosty zrobione z drzew. W końcu po kilku godzinach docieramy do doliny. Przed samym wyjściem z lasu spotykamy pasterskiego psa, który towarzyszy nam przez kolejne 3 dni podróży.
W dolinie witają nas również niezliczone zastępy owiec oraz pasterze, którzy zwęszyli szanse na wyłudzenie fajki. Szukamy kawałku płaskiego terenu i rozbijamy obóz. Okazuje się, że mój pomysł z makaronem Lubella i sosami do pieczeni okazuje się mało zjadliwy. Natomiast świetnie sprawdziły się dania z makaronem z LeClerc’a. Przy posiłku patrzymy na wejście na Moldoveanu. Wygląda nieomal jak pionowa ściana, aż się pytam Piotrka czy to na pewno jest trasa do trekkingu, a nie do wspinaczki. Zupełnie nie widać z dołu, żadnej rozsądnej drogi wejścia na szczyt. Po 22 kładziemy się spać, aby w pełni zregenerować siły i wyruszyć o samym świcie. Śpi się mało przyjemnie. W nocy wieje mocny wiatr, sprawiający uczucie jakby ktoś szarpał namiotem. Dopiero teraz do człowieka dociera ryzyko spotkania niedźwiedzia lub wilka. Pasterz zapytany o niedźwiedzia na szczęście odpowiedział, że już go dawno tutaj nie widział.
Poniedziałek 23.07.2007
Mieliśmy wstać, po 5 ale o tej godzinie jeszcze było mocno szarawo, więc wyszliśmy ze śpiworów dopiero po 7. Przed 9 udaje nam się wyruszyć. Idzie się znacznie lepiej niż pierwszego dnia po ciało zdążyło już się przyzwyczaić do ciężaru plecaka. W dodatku szlak jest bardzo dobrze oznakowany – dosłownie, co 15 metrów na każdym kamieniu znajduje się duży symbol szlaku – czerwony trójkąt. W miarę zdobywania wysokości góra przestaje być tak stromą jak się wydawała u podnóży. Przez kilka godzin trawersujemy w poprzek stoku. Dobrze, że wieje chłodzący wiatr, bo upał byłby nie do wytrzymania.
 Najciekawszą rzeczą w tych górach jest ich dzikość. Wytyczone szlaki nie różnią się zbytnio od reszty góry, co sprawia, że można sobie chodzić jak się, komu podoba. Daje to duże poczucie swobody. Należy jedynie uważać, aby cały czas mieć ogólną orientację na wyznaczoną ścieżkę.
Chwile przed 15 osiągamy przełęcz, z której droga w prawo wiedzie na szczyt Moldoveanu, a w lewo do schronu. Spotykamy tutaj dwójkę turystów, którzy idą w tenisówkach… Stwierdzamy, że dzisiaj nie będziemy już zdobywać szczytu i udamy się do schronu (rum. Refiugio) – 2320m. Jest to pomieszczenie wielkości 3x3 metra, gdzie znajdują się prycze dla 12 osób. W schronie zapada decyzje, że należy zejść do poniżonego niżej jeziorka, aby uzupełnić zapasy wody. Poszli po nią Agnieszka z Piotrkiem, a ja przez ponad 2 godziny nudzę się pilnując rzeczy w Refiugio. Po ich powrocie zabieramy się za przyrządzanie kolacji i powoli zaczyna się robić tłoczno.
Najpierw do Refiugio dociera sympatyczny Rumun będący nauczycielem wf, a po chwili jego dużo starszy kompan. Następnie pojawia się para Włochów na krótki odpoczynek przed zdobyciem szczytu. Kolejno przychodzi trójka chłopaków z Holandii – zdecydowanie najsympatyczniejszy team w Refiugio. Ostatni pojawiają się przy schronie kolejni włoscy turyści bez wyobraźni. Idą bez mapy i bez jedzenia, ale o dziwo są przygotowani do noclegu, bo mają śpiwory. Trochę mnie zaskakuje, że można spotkać takie osoby w takich górach.
Wieczór upływa nam na rozmowach z Holendrami – strasznie szaleni turyści, którzy, co roku zwiedzają jakiś kraj z Europy Wschodniej. Decydujemy również o zmianie naszej trasy powrotnej wybierając położoną niżej dolinę z jeziorkiem. W nocy śpi się mało wygodnie, bo 6 osób na jednym piętrze łóżka to zdecydowanie za dużo, dodatkowo wiatr szaleje tak mocno, że ma się uczucie jakby zaraz miał rozwalić Refiugio.
Wtorek 24.07.2007
Pobudka o 7 rano, szybkie pakowanie, skromne śniadanie i wymarsz na Moldoveanu (2544m n.p.m.). Dochodzimy do przełęczy, którą weszliśmy dzień wcześniej z doliny i zaczynamy wchodzić na szczyt. Droga jest dość stroma i skalista, dlatego po 15min decydujemy się na porzucenie naszych plecaków obok szlaku. Bez balastu idzie się znacznie szybciej. Trzeba jednak uważać, gdyż na szczyt końcowa część drogi wiedzie granią. Po około półtorej godziny stajemy na szczycie Moldoveanu. Szybka sesja zdjęciowa i ruszamy z powrotem spotykając po drodze Holendrów pędzących (dosłownie) na szczyt. Zabieramy plecaki, które pozostały w stanie nienaruszonym i schodzimy do jeziorka, gdzie robimy dłuższą przerwę na kąpiel. Słońce jednak zaczyna strasznie grzać i musimy ruszać w powrotną drogę, gdyż każde z nas jest już lekko poparzone na rękach i karku.
Schodząc doliną czujemy się jakbyśmy przenieśli się w krainę Tolkiena. Najśmieszniejsze są owce które bez trudu biegają sobie po graniach na 2400m. Dochodzimy do końca doliny – wygląda to tak jakby nagle była pionowa ściana i dolina prowadziła w przepaść, ale na szczęście nie jest tak źle. Zaczynamy schodzenie w dół, mając po swojej prawej stronie mały wodospad. Z samej góry wydaje mi się, że widzę na dole zaparkowany samochód, z racji tego, że jest to odludzie Piotrek się śmieje, że od słońca już mam efekt fata morgana.

Trawersujemy w dół ponad 2 godziny. Droga jest średnio przyjemna ze względu na dużą stromiznę, więc trzeba uważać na każdym kroku. Ponadto słońce niemiłosiernie grzeje, a nigdzie nie ma nawet metra cieniu. Będąc w połowie drogi jestem już praktycznie pewien, że widzę samochód.
W końcu udaje nam się zejść i zatrzymujemy się przy przecinającym trasę strumyku w którym można się doskonale ochłodzić. Agnieszka chce zatrzymać się na obiad, ale my uznajemy, że należy jak najszybciej sprawdzić to auto, gdyż dzięki temu możemy zaoszczędzić jeden dzień marszu. Dochodzimy do pobliskiej góralskiej bacówki i spotykamy parkę Rumunów, którzy wybrali się na romantyczny dzień u podnóży gór. Piotrek z początku wali głupa i zanim przejedzie do konkretów (czyli pytania czy i za ile nas podwiozą) pyta się, gdzie prowadzi droga. Rumun od razu przejmuje inicjatywę i sam proponuje podwózkę za darmo. Mimo, że w ogóle nie znają angielskiego to jakoś się dogadujemy po rumuńsku i jest wesoło – tym bardziej, że Rumunka prawi mi komplementy i częstuje nas piwem (nasz pierwszy browar na Rumunii).
Droga jest fatalna i jedziemy chyba z dwie godziny. Mieliśmy niezłego farta, że udało nam się z nimi zabrać, bo inaczej cały następny dzień byśmy zasuwali na pieszo ten odcinek, gdyż szanse złapania stopa na tej drodze są praktycznie zerowe (można tu spotkać jedynie drwali wycinających drzewo). Pod koniec trasy zatrzymujemy się na piwko w przydrożnym barze – Rumuni sami chcą nam postawić browar, ale po długich dyskusjach udaje mi się w podziękowaniu zapłacić za zamówienie. Trzeba stwierdzić, że mają bardzo dobre piwo, smakiem praktycznie nieróżniące się od naszego (mocą zresztą też, co odczuwamy po 2 piwkach na czczo po całym dniu wędrówki;).
Musimy teraz dostać się do Brasov’a, co nie jest łatwe gdyż mamy około 150km do pokonania, a jest już 18. W wiosce w której zostaliśmy wysadzeni wzbudzamy niemałą sensację i już znajdują się chętne osoby, które chcą nas podwieźć za kasę. Słysząc, że mówimy po angielsku szybko prezentują zaporowe ceny – 200$ za 150km. Tłumaczę im, że za 200$ to ja sobie kupię tego rzęcha którym chcą nas podwieźć. Negocjacje stają się co raz śmieszniejsze, ale już widzimy, że nic z tego nie będzie. Agnieszka się na nas denerwuje, że marnujemy czas, a my już dostaliśmy taką super ofertę jak okoliczną prostytutkę za 10 Lei, czyli ok. 13zł. W końcu zaczynamy łapać stopa – na początek tylko dwie okazje i przejeżdżamy po ok. 7km każdą, ale jest przynajmniej wesoło (szczególnie na pierwszej, bo jechałem z Piotrkiem na pace). Chwilę czekamy i zabiera nas Angielka, która mieszka na Bliskim Wschodzie. W końcu też jedziemy jakimś porządniejszym samochodem niż Dacia i możemy sobie spokojnie pogadać po angielsku. Mimo, że miała przejechać ok. 10km to robi nam przysługę i podwozi jakieś 60km. Zostaje nam jeszcze ok. 100km do pokonania i jest już 21, więc maleją szanse na złapanie stopa, gdyż robi się ciemno. Wtedy też pada moje kultowe hasło oddające realia prawie całego wyjazdu „Ty Piotrek przecież my zapomnieliśmy dzisiaj coś zjeść!”. Przez większość podróży na śniadanie wcinaliśmy kabanosa lub suchara myśląc, że później nieco coś zjemy, ale zawsze tak się toczyły sprawy, że albo nie było gdzie się zatrzymać, albo jechaliśmy stopem i się okazywało, że jedliśmy później już tylko kolacje.
 Wracając jednak do naszej przygody, okazuje się, że szczęście nas nie opuszcza i zabiera nas tym razem żołnierz, który jedzie przez Brasov. W Barsov’ie jesteśmy po 22 i zaczyna się problem, bo jest to miejscowość turystyczna i brakuje tanich noclegów. Włóczymy się trochę po mieście i od napotkanych Rumunów dostajemy namiar na nocleg w przystępnej cenie. Niestety okazuje się, że we wskazanym miejscu nie ma już wolnych pokoi. Trochę zdesperowani postanawiamy poszukać czegoś taksówką – niestety żaden z taksówkarzy nie mówi po angielsku, więc sporo czasu tracimy na wyjaśnienia o co nam chodzi. Jedyny dobry aspekt tej przygody jest taki, że okazuje się, że taxi kosztuje ok. 1,30zl/km, a ‘trzaśnięcie’ drzwiami tylko 1,30zł. Za około 20zł zwiedzamy połowę miasta w poszukiwaniu noclego – niestety ceny iście hotelowe, więc decydujemy się na nocleg w hotelu w samym centrum za prawie 70zł od osoby (a warunki gorsze niż u nas w schronisku). Po zakwaterowaniu jest już prawie północ i udajemy się z Piotrkiem jedynie do sklepu na szybkie zakupy.
Z tego, co zobaczyłem to Brasov jest pięknym miastem. Ma bardzo Łądne parki, a główna ulica jest deptakiem z masą ogródków i przypomina charakterem Piotrkowską. Dodatkowo życie tutaj zaczyna się około północy – na ulicach jest pełno osób, wszędzie coś się dzieje. Strasznie żałowałem, że nie mieliśmy już siły wyjść na nocny rekonesans.
Środa 25.07.2007
Jedyną zaletą noclegu w hotelu było to, że za darmo mieliśmy śniadanie, więc po raz pierwszy zjedliśmy rano coś normalnego. Planem na dziś było zwiedzenie zamku Drakuli w Branie. Przewodnik ostrzegał nas, że twierdza ta jest tandetna i nie warto tego oglądać. Mimo, że przeczuwałem, że ma on rację to najbardziej nalegałem na zwiedzenie tego zamku, gdyż nieważne jak on wygląda to jednak Drakula jest symbolem Rumunii i obowiązkowym punktem wycieczki do tego kraju. Do Bran dojechaliśmy autobusem, żeby nie tracić czasu na łapanie stopa i pieniędzy na wyjazd z miasta taksówką.
Jak można było przewidzieć wokół zamku jest masa straganów z przeróżnymi tandetnymi rzeczami. Sam zamek… nawet nie wiem, co napisać – zamek jest po prostu chała. Nie umywa się do większości zamków w Polsce. Nie zrobi na nikim żadnego wrażenia, gdyż jest mały i niepozorny. Dodatkowo odnosi się wrażenie, że z czasów średniowiecza to pozostały chyba w nim nieliczne elementy, gdyż w XIX wieku został poważnie przebudowany. Najśmieszniejszy jest jednak jeden fakt - w zamku tym Wład Palownik był tylko kilka razy przejazdem, a na jego popularność wpłynął fakt osadzenia w nim akcji pierwszej powieści o Drakuli oraz sprytne zabiegi marketingowe lokalnych władz. Zamek w Branie jest głównie związany z królową Marią do której należał, dlatego nie uświadczymy w nim nawet najmniejszej wzmianki o Drakuli czy Palowniku. Ogólnie nie warto tam jechać. Nastawiałem się na kicz w stylu sale tortur, kukły Drakuli itp. a w zamian dostałem kolekcje mebli i naczyń z XIX wieku. Również na straganach obok Drakuli prym wiodą wyroby ludowe.
 Z Bran ruszamy stopem do Sibiu. Przeprawa zajmuje nam cały dzień i jedziemy kilkoma pojazdami, w tym cysterną. Od kierowcy cysterny dowiedzieliśmy się, że kilka dni temu niedźwiedź zaatakował jego kolegę z wioski. Udaje nam się na koniec zabrać z Niemką i Rumunem, którzy mogliby nas podwieźć do samej Hunedoara’y, gdzie chcemy zobaczyć zamek, ale dotarlibyśmy tam około północy i zapewne trzeba by spać w namiocie więc woleliśmy odwiedzić nasz sprawdzony nocleg w Sibiu.
Tym razem nasza druga wizyta w Sibiu pozwala nam dostrzec urok tego miasta, gdyż przechodzimy przez samo centrum. Podobnie jak w Braszowie Głowna ulica jest deptakiem z licznymi ogródkami, a u jej zwieńczenia znajduje się przepiękny rynek na którym akurat ma miejsce koncert muzyki klasycznej. Zostajemy zaczepieni przez Polaka, który usłyszał jak rozmawiamy w rdzennym języku. Okazało się, że przyjechał tutaj maluchem i zmierza, gdzie go wzrok poniesie.
Mamy szczęście, gdyż są wolne miejsca na kwaterze. Tym razem jednak przyjmuje nas inny Rumun, który jest nadzwyczaj sympatyczny i wieczór upływa nam na rozmowie z nim i popijaniu piwa.
Czwartek 26.07.2007
Z powodu zupełnego braku jakiekolwiek połączenia z Hunedoara jedziemy stopem. To jest jednak najgorszy dzień jaki mieliśmy z całego podróżowania stopem. Cały czas łapiemy tiry lub samochody dostawcze, gdzie w kabinie jest miejsce jedynie dla 1 lub 2 osób oprócz kierowcy, więc jedziemy w niezłym ścisku, a tego dnia pokonaliśmy 450km w takich warunkach. Dodatkowo, co pogarszało sytuację był fakt, że najpierw trafiliśmy na melomana rumuńskiego folkloru, a później fana jakiegoś piosenkarza, co prawda ten drugi miał fajną kasetę ale jak ją słuchałem 6 raz to już niemal wszystkie piosenki na pamięć znałem.
W Hunedoara zwiedzamy kolejny zamek. Tym razem ma on więcej wspólnego ze słowem ‘zamek’ niż ten z Branu. Niemiły wypadek spotyka tutaj Agnieszkę, która chodząc w sandałach zamiast górskich butach poważnie rozcina dużego palca u stopy o krawężnik. Pod koniec dnia przekraczamy granicę i nocujemy już w namiotach po węgierskiej stronie nieopodal miejsca w którym rozbijaliśmy się kilka dni wcześniej.
Piątek 27.07.2007
Powrót planujemy już bez żadnych udziwnień, aby jak najszybciej dostać się do Polski. Robimy więc lustrzane odbicie trasy i sposobu w jaki dojechaliśmy na Rumunię. Trochę kusi nas myśl o autostopie ale nie wiemy jak z nim jest na Węgrzech ani Słowacji więc wybieramy środki publicznej komunikacji. Trochę załatwiamy się na Węgrzech, bo zamiast pojechać pociągiem sprawdzamy, że jest takie samo połączenie autobusowe. Później się okazało, że to był autobus miejski i zatrzymywał się praktycznie, co chwilę na przystankach i przez to jechaliśmy 60km ponad 2h. W końcu osiągamy Miskolc, gdzie spotykamy dwie grupy Polaków – jedna wyprawa rowerowa, a druga piesza. Obie one postanawiają jechać na przejście do Muszyny i stamtąd do Nowego Sącza. Dla nas byłby to wariant o tyle dobry, że moglibyśmy przenocować u rodziny w Nowym Sączu. Postanawiamy jednak zaryzykować i dostać się Zakopanego przez Poprad, co gwarantowałoby powrót do domu jeszcze tego wieczoru.
 W Kosice okazuje się, że nie mamy wystarczającej ilości Koron, aby kupić bilet na powrotny pociąg, a niestety w kantorze byłą przerwa i otwierano go 10min przed odjazdem. Na 5min przed odjazdem udaje mi się wymienić pieniądze, ale nie ma czasu już kupić bilety, bo kolejka jest za długa. Postanawiamy więc kupić bilet u konduktora, a jak będzie dużo droższy to jedziemy bez biletu bo i tak pewno mandatu do Polski nie przyślą. Okazuje się jednak, że bilet jest w takiej samej cenie. W Popradzie jesteśmy po 19 i pierwsza chwila prawdy – niestety nie ma żadnego połączenia o tej godzinie do Polski. Pozostaje nam pojechać jedynie taksówką za ok. 120zł. Rozwiązanie o tyle dobre, że podobną sumę wydamy na hotel w Popradzie tylko, że jest drugi problem – nie wiemy czy z Zakopanego jest pociąg do Łodzi. Liczymy jedynie, że od 5 lat nic się nie zmieniło i cały czas jest połączenie o 22:35. Bierzemy taksówkę i dojeżdżamy o 22 na granicę. Taksówkarz mimo głębokiej perswazji nie chce jechać do Zakopanego. Pozostaje nam jedynie stop i mamy szczęście bo błyskawicznie łapiemy okazję i zmierzamy do stolicy gór. Na dworcu jesteśmy o 22.30 i mamy wielkie szczęście, bo wysadzono nas przy dworcu PKS. My z Piotrkiem biegniemy na PKP i w tej chwili mijamy się z autobusem, który jedzie do Białegostoku, tylko Agnieszka zauważa, że jedzie on przez Łódź. Kierowcy zgadzają się poczekać na nas 5min, a ja biegnę sprawdzić czy jest pociąg, bo nim by nam się jednak wygodniej jechało. Niestety na taborze dowiaduje się, że takiego połączenia nie ma (na drugi dzień sprawdziłem w internecie i jednak było, więc jednak nie wiem jak to jest do końca). Tak czy siak mamy dużo szczęścia, bo wsiadamy do PKS’u i wracamy do domu.
Konkluzja
Rumunia jest pięknym krajem, a ludzie są strasznie przyjaźni. Każdy chętnie służy pomocą, a podróżowanie autostopem w tym kraju jest wspaniałe (tym bardziej, że jest darmowe). Trzeba jednak uważać na ceny i nie można się nastawiać, że jest tam dużo taniej niż u nas, bo jest tak samo, a czasem nawet drożej. Rumunia jest krajem takim samym jak Polska, jedyne, co jest tam bardziej zacofane to wieś, gdzie cały czas dominują konie. Aha i Rumuni taką samą niechęcią darzą Romów jak Polacy (nawet w ich języku Cygan oznacza to samo co u nas). Odnośnie gór to są one przepiękne i dzikie, chociaż z roku na rok jest tam co raz więcej turystów. Byłoby to miejsce idealne do trekkingu, gdyby nie niedźwiedzie których jest tam najwięcej w całej Europie i szansa na spotkanie z jednym z nich jest całkiem realna.
Wróć || Skocz do góry
|