O nas Główna Kontakt

Wyprawa Rowerowa



 


GALERIA ZDJĘĆ

Wstęp

Od jakiegoś dłuższego czasu chodziła mi po głowie myśl wyprawy rowerowej. Temat od dawna przewijał się w naszych kręgach tylko, że zawsze było jedno ‘ale’ – nikt nie miał profesjonalnego roweru. Wszyscy do tej pory poruszali się jedynie na sprzętach pamiętających czasy ich dzieciństwa (a dokładnie komunii;), oprócz jednej osoby. Tą osobą był mój tata, który jako zapalony fanatyk roweru posiadał markowy sprzęt.

W lipcu miałem dużo czasu na opracowanie trasy i zastanowienie się nad całą wyprawą, toteż w sierpniu po powrocie z Mielna nie pozostało nic innego jak tylko ruszać. Przeszkód była cała masa. Po pierwsze mama oczywiście nie chciała mnie puścić samego. Zapomniałem właśnie nakreślić ten aspekt, że to miała być wyprawa z którą nieodłącznie związane było słowo ‘pierwsza’. Pierwsza rowerowa, pierwsza samotna. Pierwotnie planowałem jechać 10 dni x 100km, czyli pokonać ok. 1000km. Chciałem dojechać do granicy z Ukrainą i wrócić. Jednak rozsądek wziął tutaj górę nad ambitnym planem i został on zmieniony na 5 x 100km w przeciwnym kierunku – celem był Szlak Piastowski. Trasę skróciłem ze względu na fatalne prognozy pogody, oraz to, że przez pierwsze dwa dni byłem w szybkim zasięgu dotarcia do mnie samochodem z Łodzi, co dawało pewne poczucie wsparcia.

Wtorek 22.08.2006

Wstaję rano i szykuję się do podróży. Mam trochę mieszane uczucia. Praktycznie cała rodzina jest przeciwko mojej wyprawie. W sumie nikt z naszej trójki (ja, Marta, Piotrek) nie wyruszaliśmy nigdy samemu, więc to będzie pewien przełom (później dopiero przyszło mi do głowy, że jakby mi się coś stało to byłby to wzór zamykający nam na zawsze wszelkie samotne wypady). SzosaKolejną moją obawą był zupełny brak doświadczenia z zakresu podróżowania rowerem. Na swoim koncie miałem jedynie kilka wycieczek po 60km. W sumie nie mogłem być pewien czy uda się przejechać 100km bez zupełnie żadnego przygotowania, a jak się uda to czy na drugi dzień wstanę i będę gotowy przejechać kolejną stówkę. Najbardziej niepokoiło mnie jednak nocowanie – samemu w namiocie to niezbyt miła perspektywa, którą pogarsza fakt, że ktoś może zakosić rower, który co gorsze nie jest mój. Podskórnie jednak czułem przygodę i już nic nie było w stanie mnie zatrzymać.

Pierwszy problem pojawia się jeszcze zanim wsiadłem na rower. Sakwy zakupione na Allegro wyglądają dość solidnie, tylko jakoś nie miałem wcześniej czasu sprawdzić czy pasują do bagażnika roweru. Po ich napełnieniu wszelkie manewrowanie było znacznie utrudnione. Po kilkudziesięciu minutach wojowania jakoś wszystko udało się zamontować, ale musiałem przyznać, że konstrukcja nie wzbudzała mojego zaufania. Już niedługo miałem się dowiedzieć o tym jak trafne miałem przeczucie.

Sakwy strasznie obciążały rower z tyłu. Do tego stopnia, że ledwo go wyprowadziłem z komórki (wysokość półpiętra). W końcu z około godzinnym opóźnieniem ruszam w drogę. Muzyczka z iPod’zika dodaje otuchy i od razu nabiera się wiatru w żagle. Pogoda tylko niezbyt sprzyjała. Pierwszy etap podróży nie był zbyt ciekawy, gdyż musiałem przedrzeć się przez pół miasta i w dodatku powielałem znaną mi trasę na Ferdynandów. Jeszcze nie wydostałem się z Łodzi, gdy wchodząc pięknie po łuku w zakręt przy Geant’cie (tym koło parku Poniatowskiego) tracę pierwszą sakwę. Ale spoko jadę daje, bo mam jeszcze dwie;) Nie, no joke. Nie było mi wtedy do śmiechy, bo od sakwy urwał się ekspres, co totalnie uniemożliwiało jej przymocowanie, a w dodatku nie pozwalało jechać z zamontowanymi pozostałymi sakwami. iPod jak na ironię zarzucił ‘Break stuff’ Limp Bizkit. Po krótkich oględzinach uznaję, że jakakolwiek naprawa jest niemożliwa. W dodatku teraz nie mam nawet jak wrócić do domu. Kombinuje już czy nie dzwonić do znajomych, żeby przyjechali i mnie zabrali autem. Jestem strasznie wkurzony, bo wyprawa zakończy się wcześniej niż się zdążyła zacząć. Jeszcze raz zaczynam kombinować z sakwami i dopiero teraz zauważam, że spina się je plastikowymi „karabinkami”, a nie ekspresem (ten pewno służy do ich trzymania razem w szafie). Przypinam wszystko tak jak należy i w końcu zaczyna to wyglądać sensownie. Martwi mnie tylko to, że górna sakwa trzyma się tylko na rzepy.

Lutomiersk Po kilku kilometrach widzę, że z sakwami wszystko okej, więc tnę kilometry po dobrze znanej mi trasie Łódź – Konstantynów Łódzki – Lutomiersk. W Lutomiersku robię sobie pierwszy postój. Zatrzymuje się na ryneczku i przystępuje do konsumpcji kanapek. Wtedy spotykam najśmieszniejszą postać podczas całej wyprawy – okolicznego menelka (można go zobaczyć na fotce). Już sam jego wygląd wywołuje uśmiech na twarzy, ale najlepsze były jego teksty. Starannie obejrzał mój rower i uznał, że to wielkie gówno i tylko pedały mu się podobają:) Później stwierdził, że on to był kiedyś kolarzem i czasem też się wybiera na takie wycieczki rowerowe. Dokonuje na nich takich wyczynów jak jazda za PKS’em z prędkością 90 km/h i jego wyprzedzanie – przestrzegł mnie jednak, że to mogą robić tylko tacy profesjonaliści jak on i żebym tego nie próbował, bo mogę wjechać w autobus:) Co chwilę też zrywał z trawnika pieczarkę i zjadał ją surową twierdząc, że szkoda czasu na gotowanie. Ogólnie taki ubaw miałem, że wcale mi się nie śpieszyło z dalszą podróżą, ale w końcu musiałem się ruszyć. Od spotkania tego zabawnego pana zaczęło wszystko w końcu iść po mojej myśli. Pogoda się strasznie zaczęła psuć, ale udało mi się przejechać nie doświadczając ani kropli deszczu. Już po ok. 3 km na drodze było pełno kałuż, więc musiało przed chwilą nieźle padać – na szczęście minąłem się z chmurami i teraz przyświecało mi słoneczko. Zacząłem jechać wzdłuż Neru, kierując się na Poddębice.

W Poddębicach (50 km trasy) spotykam się z kolejną życzliwością ludzi, którzy pochwalają moją wyprawę rowerową i zazdroszczą, że sami nie mogą na taką pojechać. I tak już jest prawie do końca, że gdziekolwiek się zatrzymuje tam zawsze ktoś miły mnie zagada – co, jak i gdzie. Z Poddębic równie miło jedzie się na Uniejów, gdyż cały czas udaje się omijać główne drogi i jechać mniejszymi wiejskimi szosami. Niestety, co dobre szybko się kończy i ze względu na brak czasu oraz niedokładną mapę ruszam do Turku główną drogą nr 72. Jedzie się mało przyjemnie ze względu na liczne kolejny i duży ruch samochodów. W dodatku droga jest strasznie monotonna, bo non stop jedzie się po prostej. Tutaj znać o sobie dają sakwy – czuć ich ciężar i widać po prędkości na liczniku jak spowalniają – do ok. 15 km/h.

Smulsko Zaczyna robić się późno i pogoda się psuje. Miałem ambitny plan dojechać do Konina, ale widzę, że przez poranne kłopoty z sakwami nie starczy czasu na nic więcej jak Turek. Droga szybkiego ruchu tak daje w kość, że w Smulsku odbijam na ślepo na północ. W pewnym momencie pojawiają się kłopoty, bo zaczyna się teren kopalni i są pobudowane nowe drogi, wiec mapa traci na aktualności. Robi się zimno i jest ok. 17.30. Ze względu na warunki pogodowe uznaję, że sensowniej jest przenocować ‘pod dachem’, gdyż jak zmoknie namiot to nie będę mógł go złożyć następnego dnia. Pojawia się jedyne sensowne rozwiązanie – spać u kogoś w stodole.

Rozpoczynam poszukiwania noclegu. Podjeżdżam do dwóch pierwszych domów stojących z dala od całej cywilizacji. Niestety nie chcą mnie przenocować w stodole, a raczej nie mają stodoły w takim ujęciu, jakiej poszukuje. Nie tracąc nadziei udaję się do pobliskiego miasteczka – Zimotek. Zaczynam pukanie od drzwi do drzwi wybierając nieco gorsze domy. Tutaj pojawia się typowe głupie myślenie niektórych osób w stylu ‘ooo ja panu nie pomogę ale proszę zapukać do sąsiada, on na pewno pana przenocuje’. Mając pewne doświadczenia z pracy w TePsie wiedziałem, że przeważnie, jeżeli kilka osób na danej wsi myśli podobnie to i reszta tak będzie myśleć. Naprawdę niektóre osoby to się taką ciemnotą wykazywały, że aż mnie złość ogarniała. Jedna pani uznała, że najlepiej jakbym miał tutaj kogoś znajomego i do niego poszedł nocować i mimo usilnych tłumaczeń, że nikogo tu nie znam cały czas nalegała, abym się dobrze zastanowił. Po prostu ręce opadały. Śmieszne było też to, że plota poszła po wsi tak szybko, że jak przeszedłem 5 domów to w 10 już dokładnie wiedzieli, po co idę;) Nadzieje trochę dał mi fakt, że jest to miejscowość, przez którą przechodzą pielgrzymki i ludzie goszczą tutaj na noc wędrowców. Zostałem odesłany nawet do jednego domu, w którym pewno zostałbym przyjęty, ale akurat żona gospodarza była chora, a jeszcze jacyś debile podczas pielgrzymki zrobili u nich niezłą bibkę i mają teraz złe wspomnienia. Pamiętajcie, więc jakie świadectwo po sobie pozostawiacie, bo później to przechodzi na innych podróżnych.

W końcu się poddaję i wdrażam plan B, który wymyślam podczas objazdu całej miejscowości. Przenocować w jakimś pustostanie. Problem w tym, że żaden nie znajdował się na uboczu, a wszystkie przy domkach mieszkalnych. Było, więc niemal pewne, że ktoś mnie podkabluje i będę miał nieprzyjemności. Stwierdziłem, że z ‘wprowadzeniem’ poczekam, aż się ściemni. A, że nie miałem innych rzeczy do roboty to ponownie zacząłem szukać stodoły. I teraz pierwsze przedstawienie mojej sytuacji i od razu szczęśliwy traf. Jak to właścicielka stwierdziła ‘stodoły nie będę nikomu żałować’. I to jest właśnie zdrowe podejście. Powoli zacząłem się rozpakowywać i zostałem nawet zaproszony na kolacje. No i teraz moja charyzma i urok osobisty sprawiły, że jedna z córek oddała mi swój pokój i uznała, że mogę przenocować w domu, bo miły ze mnie człowiek:) Mogłem się, więc spokojnie wykąpać i wyspać w wielkim łóżeczku. Okazało się, że córka państwa, którzy mnie przyjęli też się interesuje podróżowaniem – posiedzieliśmy sobie, więc z 2h i porozmawialiśmy o różnych wyprawach. To zdarzenie przywróciło mi wiarę w ludzi. Tego dnia pokonałem 92km.

Środa 23.08.2006

Wstałem wypoczęty i jeszcze zostałem poczęstowany śniadaniem. Pojawił się problem, o którym nie pomyślałem – co zrobię jak od rana będzie padać. Wyjrzałem za okno i kaplica, całe niebo w chmurach. Nie ma szans, żeby dzisiaj mnie nie złapał deszcz. Przy śniadaniu zarządzam zmianę trasy. Decyduję się zrezygnować z praktycznie całej wyprawy i jechać do Chodcza, gdzie moja koleżanka ma działkę i akurat na środę była zaplanowana imprezka. Dodatkowo z Chodcza jest rzut beretem do Włocławka, więc mógłbym następnego dnia odwiedzić rodzinę. Plan ten był dobry, gdyby nie jedno postanowiłem, że pojadę do Lichenia. Niestety Licheń i Chodecz leżą w przeciwnych kierunkach, ale liczyłem, że szybko dotrę do tego pierwszego i spokojnie starczy mi czasu na dotarcie na działkę. Trochę się przeliczyłem.

peleryna przeciwdeszczowaOpuszczam miejsce mojego noclegu i po około minucie nastaje straszliwa ulewa. Szybko ubieram się w pelerynkę przeciwdeszczową, a buty zabezpieczam… workami na śmieci. Czekam chyba z 20min, aż deszcz zmienił się w lekką mżawkę i ruszam dalej. Po kilku kilometrach pojawia się problem. Podstawową moją mapą jest mapa samochodowa, dodatkowo mam skserowane mapy z atlasu, ale niestety w wersji czarno białej, co powoduje, że wiele małych dróg jest nieczytelnych lub w ogóle ich na mapie nie ma. Dodatkowo dzięki dopłatom z UE powstały nowe drogi i nierzadko okazuje się, że szosa na mapie jest w rzeczywistości drogą asfaltową. Na początku jakoś sobie radzę, często postępując zgodnie z zasadą ‘za przewodnika masz koniec języka’. Pogoda jest w kratkę to raz pada, to świeci słońce. Tracę bardzo dużo czasu, gdyż jak pada to po prostu leje i muszę czekać, aż przestanie, więc co jakiś czas mam przymusowe pół godzinne przerwy.

Najgorsza ulewa łapie mnie przed przeprawą promową. Jestem cały mokry o rowerze już nie wspominając. Godzina przerwa na obiadek i zmianę ubrania. Przeprawiam się na drugą stronę Warty i teraz moja frustracja sięga kulminacji. Ciągle pada, a żadna droga nie zgadza się z mapą. Dodatkowo jest już dość późno, bo ok. 16. W końcu jadę w deszczu i docieram na jakieś pole. Jestem wściekły i rezygnuję z dotarcia do Lichenia. Postanawiam dotrzeć do jakiejś głównej drogi żeby złapać kierunek. Znajduję sklep i zaczepiam miejscowych koneserów piwka. Szybko mi tłumacz jak najłatwiej kierować się na Chodecz. Teraz dopiero widzę ile mi zostało. Niepotrzebnie próbowałem dotrzeć do tego Lichenia. Jest po 16, na liczniku mam 50 km, a muszę, co najmniej przejechać jeszcze 50km. Teraz już zero zastanawiania i z narysowaną mapą w garści mocniej naciskam na pedały. Nie mogę się zatrzymywać, aby przeczekać deszcz toteż jadę niezależnie od pogody. Moja przeciętna prędkość wynosiła 15km/h, teraz nie schodzę poniżej 20 km/h. Cieszę się, że jadę sam, bo widząc taką kryzysową sytuację jestem w stanie przycisnąć.

Docieram do Babiak i zaczynam poruszać się głównymi drogami. Jak wcześniej ludzie na mnie dziwnie patrzyli to teraz mają do tego pełne prawo – pelerynka przeciwdeszczowa, na nią założona kamizelka odblaskowa, worki na śmieci na nogach, a na głowie kask. Najgorszy odcinek od Grądów do Brdowa – tylko 1km ale ciągle pod górkę, w dodatku spory ruch. W Brdowie skręcam na Przedepcz. No i tutaj pojawia się problem w Przedeczu jestem po szalonej jeździe po 20. Zaczyna się robić ciemno, na liczniku mam 100km, a okazuje się, że pozostało jeszcze 20km. Masakra… W dodatku od dłuższego czasu jechałem w deszczu. Teraz jedyny plus, że przestał padać. Chce odpalić dynamo, ale jakiś dziwny system – nie udaje mi się, a nie mam czasu na kombinowanie. Do mojego zabójczego stroju dołącza czołówka na głowę. Włączam full power i śmigam z Przedecza do Chodcza. W Chodczu jestem po 21. Szybki telefon do Ani i niestety się okazuje, że trzeba machnąć jeszcze 3km. Już praktycznie nie mam sił, a trasa z górki i pod górkę. Ostatkami sił docieram na działkę o 21.30 z bilansem 123 km na liczniku.

Tomek uznaje, że spoko jakoś się zmieścimy razem w 5 z rowerem następnego dnia do Opla Corsy i wrócimy razem. Tak dostałem tego dnia w tyłek, że popieram ten pomysł i otwieram zasłużone piwko.

Opelek i rowerek Czwartek 24.08.2006

Następnego dnia coś się źle czuję. Strasznie mnie głowa boli, bynajmniej nie od picia. Pojawiają się problemy z upakowaniem roweru w aucie. W końcu jakoś wszystko udaje nam się upchnąć i wieczorem ruszyć do domu. Po powrocie afera już na mnie czekała. Mama zrobiła mi niezłą burdę za ten wyjazd i zakaz kolejnych samotnych wypraw. Ja coś się czuję niespecjalnie. Kładę się i dopadają mnie drgawki, gorączka i kaszel, co w konsekwencji kończy się antybiotykiem i tygodniowym pobytem w łóżku. Tylko tygodniowym, bo jestem twardy niczym Johny Bravo i ku zdenerwowaniu mojej mamy przed wyzdrowieniem ruszam na kolejną wyprawę w góry, ale to już kolejna relacja;)

Bilans

Podczas wyprawy przez dwa dni pokonałem 215km (92km i 123km). Wiem już, że bez przygotowania można optymalnie przejechać ok. 100km. Również na takie wyprawy musi być ładna pogoda i lepiej jechać w kilka osób. W grupie raźniej jest podczas noclegu, ale też jest ktoś do pilnowania rowerów jak się robi zakupy.

Co do mojego sprzętu to poniósł on małe straty. Miałem dużo szczęścia, że udało mi się dojechać drugiego dnia do końca, gdyż jakaś przekładnia przy pedałach była w stanie totalnego zużycia i w każdym momencie mogła się rozpaść. Wymiany wymagało też tylnie koło, gdyż pod ciężarem sakw się poważnie zósemkowało.



Jest to chyba najbardziej szalona wyprawa, jaką udało mi się odbyć w życiu, a w szczególności jej drugi dzień. Pragnę jedynie dodać, że jechało się naprawdę miło i wszyscy ludzie, którzy mnie widzieli mieli nastawienie bardzo pozytywne. Nie było osoby, która by ze mną nie zagaiła, czasem nawet mi machano jak jechałem. Była to miła odmiana po tym jak przeszedłem Jeziorsko z plecakiem i tylko jedna osoba się zainteresowała moją wyprawą. Widać, że najwyraźniej rower jest lepiej postrzegany przez postronne osoby;)

Wróć || Skocz do góry

Copyright © 2006 - 2007 Wypadowo. Created by Maciej 'Carnagge' Organiściak.