O nas Główna Kontakt

Beskid Makowski i Pieniny



 


GALERIA ZDJĘĆ

Wstęp

W dniach 26.09.2006 – 29.09.2006 odbył się drugi wakacyjny wyjazd w góry. Cały czas pozostał niestandardowy środek transportu – autokar, do którego dorzuciliśmy dziwną godzinę wyjazdu 00:15. Ponownie wyruszyliśmy z Łodzi w składzie ja, Piotrek i Marta, a wsiadając do pekaesu spotkaliśmy się z Szymonem, który podróż rozpoczął z Włocławka.

Wtorek 26.09.2006

Ok. 7 rano dojeżdżamy do Myślenic skąd przedostajemy się busem do Poręby. Po męczącej podróży siły regenerujemy podczas szybkiego śniadanka. Teraz czeka nas około 1,5h wspinaczki do schroniska Kudłacze. Ruszamy wzdłuż zielonego szlaku, skracając sobie drogę idąc na skróty asfaltówką. Z uwagi na ciężar plecaków cel osiągamy po około 2h. pieninyPogoda jest bardzo ładna, a ze schroniska mamy jedynie 1,5h na szczyt (wg. oznaczeń na strzałkach). Postanawiamy, więc godzinkę sobie poleżeć w słoneczku na polance i rozegrać partyjkę w kraciankę ‘Wiochmen Rejser’ (już widzę ten wyraz miny czytelnika, który nie wie, o co chodzi).

Szczyt – Lubomir (912m n.p.m.) atakujemy w iście alpejskim stylu, czyli ograniczając nasz bagaż jedynie do cyfrówki. Tak odciążeni na miejscu jesteśmy już po godzinie – aż ciężko było nam w to uwierzyć. Na samej górze można zobaczyć powstające obserwatorium.

W schronisku jesteśmy z powrotem już o 14. Trochę dziwna sprawa, bo nie za bardzo było, co robić. Marta z Szymonem poszli spać, a ja z Piotrkiem pojeździliśmy trochę palcem po mapie, a później popodziwialiśmy widoki spod schroniska. Jednak brat się wyłamał i też udał się na spoczynek. Nie pozostało mi nic innego jak założyć iPod’a i udać się na samotną wycieczkę w kierunku Pcimia, który był naszym środowym celem. Trochę się powłóczyłem po okolicznych polankach i muszę przyznać, że widoki są bajeczne. Po powrocie niestety wszyscy spali, a ja nie zamierzałem marnować dnia, więc rozpocząłem lekturę ‘n.p.m.’. Dopiero o 18 wstała Marta i dotrzymała mi towarzystwa.

lubomir Właściciel schroniska podejrzewał, że sobie popiliśmy, bo chłopaki wstali dopiero grubo po 19. Wieczornym standardem stałą się gra w Wiochmena. Szokująca była cena prysznicu – 7zł, więc nikt się nie wykąpał. O 22 idę spać, bo już nie mogę dłużej wysiedzieć. Marta też się szybko kładzie, a Piotrek z Szymonem siedzą do późna i rozmawiają.

Środa 27.09.2006

Kolejny lightowy dzień. Plan jest prosty – dotrzeć do Szczawnicy (Pieniny). Zbieramy się po 8 i zaczynamy schodzić. Pod Pcimiem zjadamy śniadanie i ruszamy na PKS. Czas na przewodni motyw wyprawy, czyli nie licz na autobusy. Cierpliwie czekamy na przystanku zadowoleni, że możemy pojechać bezpośrednio do Szczawnicy, a myśleliśmy, że najpierw trzeba będzie jechać do Nowego Targu.

Szczawnica Pierwszy PKS podjeżdża i zatrzymuje się na początku zatoczki za dwoma innymi, wysadza osoby i mimo, że mu machamy to on odjeżdża. No, ale nie ma rozpaczy, bo za godzinę ma być drugi. Po godzinie jedzie drugi i nawet nie zwalnia przy przystanku. Szybko pada decyzja, że jedziemy do Nowego Targu, bo coś są problemy z zatrzymaniem tych do Szczawnicy. Podjeżdża autobus do Zakopca, już chcemy wsiadać i kiedy kierowca nas zobaczył to gaz do dechy i rura (nawet drzwi nie zdążył zamknąć). Mocno zdenerwowani postanawiamy zamiast bezczynnie siedzieć, podzielić się na dwa zespoły i łapać stopa, a w razie niepowodzenia już chyba tylko rzucić się pod następny PKS.

Przygotowujemy ładne szablony i w momencie, w którym jeszcze kończymy pisanie miejscowości, Marta zatrzymuje tira. Tak nas to zaskoczyło, że nawet przez chwilę nikt się nie ruszył w jego stronę. Okazuję się, że nie ma żadnego problemu, aby zabrać całą naszą czwórkę plus 4 duże plecaki plus 4 małe plecaki. Jak się dowiadujemy legalnie może w kabinie jechać tylko jeden pasażer oprócz kierowcy, ale co tam, to tylko 40km.

Nowy Targ Niestety podwiezieni zostajemy jedynie do Nowego Targu, skąd wsiadamy w PKS. Oczywiście znając nasze szczęście do tego rodzaju komunikacji w połowie drogi przydarza się awaria – nawaliła chłodnica. Kierowca wszystkich wysadza i każe poczekać na następny autobus. Tylko, że następny PKS jak na ironię pasuje wszystkim pasażerom oprócz nas, więc musimy czekać kolejne 30min.

W końcu udaje nam się dotrzeć do Szczawnicy i zakwaterować w schronisku Orlica, a dokładnie w domku letniskowym obok schroniska. Jesień do miesięcy letnich nie należy, więc łatwo sobie wyobrazić, jaka temperatura panowała w nocy. Dodatkowo sprawę pogarszał fakt wyposażenia chatki w system darmowej wentylacji w postaci szpar przy każdym oknie i drzwiach. Wyboru jednak innego nie mieliśmy, bo kto chciał spać w schronisku musiał zapłacić 35zł, a domek kosztował prawie połowę mniej.

Czwartek 28.09.2006

W czwartek przychodzi czas na to, co tygrysy lubią najbardziej – całodzienne wyjście w góry. Wyruszamy ze schroniska i cały czas idziemy niebieskim szlakiem, wzdłuż granicy Polsko-Słowackiej, aż do zdobycia Wysokiej (1050m n.p.m.). Mimo, że Pieniny do wysokich gór nie należą do występują tutaj bardzo strome podejścia, które po dłuższej chwili dają w kość.

Pieniny Po drodze mijamy bace wypasającego owce, które niezbyt chętnie chcą pozować do zdjęć. Za to właściciel z przyjemnością odpowiada na nasze pytania. Podczas wędrówki doświadczamy widoków pięknych panoram.

Po zdobyciu szczytu schodzimy zielonym szlakiem do Wąwozu Homole, w którym napotykamy liczne wycieczki dzieci z podstawówek. Dobrze, że akurat schodzimy, bo zaczyna lekko padać i zbiera się na burzę. W Jaworkach wskakujemy, do busa i jedziemy do Szczawnicy, gdzie przy kufelku piwa zjadamy zasłużony obiad w restauracji.

Piątek 29.09.2006

Rano wita nas na dworze drobna mżawka. Przekonani o szybkim wypogodzeniu ruszamy autobusem do Krościenka. Nasze przeczucia były jednak błędne, gdyż zaczyna lać, co raz bardziej. Po zjedzeniu śniadanie uznajemy, że nie ma sensu iść w taką pogodę – ryzykujemy tylko chorobą, a w dodatku otaczająca mgła niweluje szanse na jakiekolwiek widoki. Jesteśmy trochę zawiedzeni, bo wynika z tego, że na całym wyjeździe był tylko jeden wypad w góry z prawdziwego zdarzenia, ale z drugiej strony będziemy wcześniej w domu. Miło zaskoczył nas fakt, że mogliśmy za darmo skorzystać z internetu w Domie Kultury, więc posprawdzaliśmy wszystkie możliwe połączenia. Widać, że w Polsce zaczynają myśleć we właściwym kierunku.

Wracamy do Szczawnicy i rozpoczynamy pakowanie. Trzeba przyznać, że w tym małym domku to trochę narobiliśmy syfu, ale czasu było, aż nadto. Ok. 13 docieramy autobusem do Nowego Targu. Mając PKS do Łodzi dopiero o 15 postanawiamy iść coś przekąsić – wybór pada na pobliską pizzerię. 30 min przed przyjazdem meldujemy się na dworcu. Zaczynam żartować, że PKS będzie pełny i wyjdzie na to, że śniadanko zjedliśmy w Krościenku, obiad w Nowym Targu, a kolacje będziemy jeść w Nowym Sączu (stamtąd mieliśmy jedyny pociąg po 21).

Przestało nam być do śmiechu kiedy autobus przyjechał w pełni zapakowany i kierowca mógł wziąć tylko 2 osoby i to bez bagażu (oprócz nas czekało jeszcze z 5 osób). Mocno zdenerwowani zostajemy na dworcu i głośno zastanawiamy się, co robić. Wtedy z ratunkiem przychodzi nam chłopak, który ma podobny problem jak my i twierdzi, że jest pociąg o 17 z Krakowa. Nie mamy nawet szansy tego sprawdzić i totalnie mu ufając wskakujemy do autobusu, który właśnie odjeżdża do miasta Smoka Wawelskiego. Jak się okazuje Krzysiek jedzie prawie pod samą Łódź na wesele. Kolejnym problemem jest to czy zdążymy na czas. Tym bardziej, że dzień wcześniej miało miejsce otwarcie Galerii Krakowskiej i jak się dowiadujemy z gazet miasto było totalnie zakorkowane, a sklep ten się znajduje przy dworcu.

Na szczęście dojeżdżamy 20min przed odjazdem pociągu i tylko dzięki Krzyśkowi udaje nam się sprawnie przebrnąć przez dworzec i kupić bilety. Zapomniałbym napisać, że przy kasach znalazłem maskotkę szczurka, który teraz odświeżony przygląda mi się z półki. Niedługo po tym siedzimy wygodnie w pociągu i całe 4h jazdy spędzamy na rozmowie z naszym nowym znajomym. A raczej na wysłuchiwanie jego monologu, aczkolwiek mówił bardzo ciekawe rzeczy. Z całej sytuacji najmniej zadowolony jest Szymon, który już ma dość tych historii i słucha mp3, za co później spotka go kara.

Orlica Krzysiek wysiada w Piotrkowie, a nam pozostaje jeszcze godzina jazdy. Oczywiście nie może obejść się bez problemów. Pociąg planowo w Łodzi miał być o 22.10, a o 22.20 reszta ekipy miała autobus do Włocławka, jak się okazuje w Piotrkowie mamy już 10min spóźnienia. Wjeżdżając do Łodzi już wiadomo, że nie zdąży nawet na 22.20. Wszyscy są mocno zdenerwowani nawet ja, bo mogę się spóźnić na ostatni dzienny autobus do domu. Swoimi rozważaniami strasznie denerwuje Martę. Liczymy jednak, że jeżeli wszystko się spóźnia to może i ten PKS ulegnie tej modzie. Kiedy podjeżdżamy o 22.30 na Fabryczny to muszę przyznać, że wyjście z pociągu Piotrka, Szymona i Marty należało do najszybszych jakie widziałem. Ja spokojnie dochodzę na dworzec i okazuje się, że mieli dużo szczęścia – autobus jechał z Łodzi, a że było pełno osób i każdy kupował bilet to postał nieco dłużej na stacji.



Mnie czeka też krótki sprint do mpk, bo w drodze na tramwaj mijam się z moim autobusem i postanawiam go dogonić. Jak mi później doniesiono z trasy Łódź – Włocławek, Szymon usiadł obok starszej pani która pół podróży zamęczała go swoimi opowieściami i tym razem musiał ich wysłuchać. Marta z Piotrkiem natomiast udawali, że śpią.

Wróć || Skocz do góry

Copyright © 2006 - 2007 Wypadowo. Created by Maciej 'Carnagge' Organiściak.