O nas Główna Kontakt

Karkonosze i okolice



 


GALERIA ZDJĘĆ

Wstęp

W tym roku wakacyjną wyprawę zaczęliśmy dość nietypowo. Po pierwsze wyjechaliśmy we wrześniu (tradycyjnym miesiącem jest dla nas sierpień), a po drugie skład uległ kolejnemu zmniejszeniu i ograniczył się do Piotrka, Agnieszki i mnie. Mało brakowało, a sam bym został w domu, gdyż po wcześniejszej wyprawie rowerowej nie mogłem wyleczyć kaszlu. Uznałem jednak, że górskie powietrze szybko zregeneruje mój organizm i co do tej kwestii się nie pomyliłem.

Niedziela 03.09.2006

Piotrek był już u mnie 2 września po południu. Standardowy pociąg zamieniliśmy tym razem na PKS i ruszyliśmy 3 września z samego rana, czyli o godzinie 7. Żałowaliśmy trochę straconego dnia, ale nocna podróż PKP oznaczała w najlepszym przypadku godzinne koczowanie na dworcu w Piotrkowie z oczekiwaniem na przesiadkę. Wybraliśmy, więc wariant bezpieczniejszy.

Po dotarciu na dworzec czekała już na nas Agnieszka. Największe zdziwienie wzbudził wygląd autokaru. Mało brakowało, a byśmy do niego nie wsiedli, gdyż był to standardowy model na trasy lokalne ‘do 60km’. Jednak jak się okazało nie taki diabeł straszny i całkiem miło się jechało. Szkoda tylko, że usiadłem nad jakąś turbiną i gratis dostałem nawiew gorącego powietrza na stopy.

Śmiesznie już zaczęło być na pierwszym postoju. Szalony kierowcy wjechał w przydrożne bagienko powodując, że nasz PeKaeS uległ znacznemu przechyleniu w prawą stronę – drzwi po otworzeniu praktycznie zahaczały o ziemię. Na szczęście kierowca po kilku próbach zdołał się wydostać bez pomocy pasażerów jako dodatkowego napędu. Ok. 15 osiągnęliśmy nasz destination point, czyli Jelenią Górę. Zrażeni zeszłorocznymi wrażeniami po Wałbrzychu (miasto to stało się w naszym pojęciu legendarnym synonimem brzydoty) zostaliśmy pozytywnie zaskoczeni deptakiem i odrestaurowanymi kamienicami. Szkoda, że nie starczyło nam czasu na zwiedzenie wystawy prac Salvador’a Dali, która miała miejsce w lokalnej galerii, ale musieliśmy zdążyć na pociąg do Trzcińska. PTTK Szwajcarka Po 15min jazdy pociągiem zaczął się właściwy etap każdej wyprawy, czyli podchodzenie pod górę. Musieliśmy się dostać do schroniska PTTK Szwajcarka, co zajęło nam ponad godzinę, gdyż szliśmy z całym balastem na plecach. Na szlaku jak i przy samym schronisku spotkaliśmy wiele osób uprawiających wspinaczkę skalną.

Zostaliśmy zakwaterowani w pokoju czteroosobowym, który znajdował się w budynku obok schroniska. Niestety schronisko nie zrobiło na nas najlepszego wrażenia. Za 22zł/noc nie mieliśmy dostępu do kuchni, a za prysznic należało zapłacić dodatkowe 2zł za 3min kąpieli. Co gorsze woda pod natryskiem ledwo leciała, a głupia maszyna zeżarła mi ostatnią dwu złotówkę jaką mieliśmy, więc pozostała nam jedynie kąpiel z Piotrkiem w rekordowym czasie po 1,5min każdy. Następnego dnia straconego pieniążka mi zwrócono, ale wieczorem sytuacja powtórzyła się ponownie, tym razem jednak przezornie zaopatrzyłem się w 4 dwuzłotówki.

Poniedziałek 04.09.2006

Rano trochę z Agą podenerwowałem Piotrka, bo niezbyt nam się chciało wstawać i iść na cały dzień w góry. Wymyśliłem, więc plan mini mini czyli 15 minutową wycieczkę do najbliższej skały;) Skopiec Piotrek się jednak nie chciał na niego skusić, więc zeszliśmy żółtym szlakiem do Trzcińska i zaopatrzyliśmy się w miejscowym sklepie. Pogoda zmieniała się z sekundy na sekundę i raz kropił deszcz, a po chwili już świeciło słońce. Na szczęście taka aura panowała jedynie podczas konsumpcji śniadania, a przez resztę dnia unikaliśmy deszczu. Mnie przestał dokuczać kaszel, ale Agnieszkę dopadł katar i gorączka.

Celem wyprawy było zdobycie Skopca (724m n.p.m.) w górach Kaczawskich. Na początku ruszamy z Trzcińska do Radomierza. Już od początku daje o sobie znać dziewiczość tych terenów pod względem turystycznym, czyli brak lub nieczytelne oznakowanie trasy. Szybko gubimy nasz szlak i nadkładamy trochę trasy idąc polną drogą, co owocuje w zebranie kilkunastu grzybów. Ogólnie trasa nie jest wymagająca i w większości chodzi się po polnych ścieżkach, łąkach i lasach. Sporo czasu również zajmuje przejście przez bardzo rozległy Radomierz.

Wychodząc ze wsi wspinamy się na łąkę, gdzie znajduje się jeden z newralgicznych punktów wyprawy. Brak dokładnych oznaczeń znowu powoduje, że idziemy nie tam gdzie trzeba. Skopiec Dodatkowo tracimy sporo czasu na rozeznanie się w sytuacji i dojście nieco off’em z powrotem na szlak. Zupełnie nie pomogły informacje i wskazówki, które znaleźliśmy w internecie. Po ok. 2h docieramy na szczyt. Szkoda tylko, bo jest on całkowicie zalesiony i nic z niego nie widać. Przed wejściem znalazłem jeszcze packę na muchy w kształcie stopy;) Ciekawe, kto ją tam przyniósł.

Zaczyna się już robić późno, więc włączamy dodatkowy power i ruszamy z powrotem do schroniska, obawiając się czy nie będzie trzeba użyć czołówek, których oczywiście ze sobą nie zabraliśmy. Po drodze robimy jeszcze zakupy w sklepie. Wieczorem regenerujemy siły przy szybkiej kolacji. Ja sprawdzam nowy patent, czyli makaron niewymagający gotowania (może i nie wymaga, ale we wrzątku to z 15min musi siedzieć) i sos słodko-kwaśny Łowicza ze słoika (jest on i słodki i kwaśny aż do przesady). Tego dnia zrobiliśmy 28km i była to najdłuższa trasa na wyjeździe.

Wtorek 05.09.2006

Wtorkowy dzień zaczął się standardowo, czyli problemy ze zwleczeniem się z łóżka, szybkie mycie i marsz do sklepu na śniadanie. Tym razem zeszliśmy do Karpnik, gdzie przywitały nas przemiłe sprzedawczynie. Tego dnia chcemy zdobyć Skalnik (925m n.p.m.) w Rudawach Janowickich. Podobnie jak trasa na Skopiec, tutaj też idziemy prawie cały czas łąkami i lasami, co obfituje w jeszcze większą ilość zebranych grzybów. Docierając do Gruszkowa zaskakują nas dwa wilczury, które przeskakują przez dość wysokie ogrodzenia. Szczęśliwie dla nas okazało się, że są przyjaźnie nastawione, a agresywne były jedynie na swojej posesji. Ale to była zapowiedź tylko tego, co nas tutaj czeka w drodze powrotnej.

Dalsza trasa przebiega bez większych sensacji, gdyż szlaki są dobrze oznaczone. Tuż przed Skalnikiem skręcamy na punkt widokowy. Widok z niego jest powalający, po prostu nie wiedziałem, gdzie patrzeć i cykać fotki. Nie dało się tam jednak siedzieć zbyt długo, bo strasznie wiało, więc po szybkiej sesji fotograficznej ruszamy na szczyt (a raczej w jego poszukiwaniu). SzwajcarkaTutaj sprawa jest nieco ułatwiona, gdyż jest on oznakowany słupkiem i zardzewiałym drągiem, na którym pewno niegdyś była tabliczka. Wracamy tą samą trasą i ponownie przechodzimy przez Gruszków. Zanim jeszcze weszliśmy do wsi zaatakowały nas dwa psy. Agnieszka zastosowała metodę pokojową i udało nam się przejść. My z Piotrkiem jednak woleliśmy trzymać pod ręką miotacz pieprzu i nie liczyć na przyjacielskość zwierzaków. Ledwo, co zeszliśmy do Gruszkowa, ponownie doskoczyły do nas dwa inne psy. Później już było tylko gorzej, bo idąc główną ulicą przywitały nas kolejne 3 bestie, a wychodząc ze wsi spotkaliśmy znanych nam już dwóch „skoczków”, którzy jak się okazało z równą łatwością potrafią wskoczyć z powrotem na swoje podwórko. Grunt, że nikomu z nas nic się nie stało. Dalsza podróż minęła na rozmowie o agresywności psów (bo jakże mogło być inaczej).

Przed samym schroniskiem wypiliśmy sobie zasłużony lokalny browarek. Później udałem się na krótką drzemkę, a Piotrek z Agą obierali znalezione grzyby. Przeszliśmy 21km i jeszcze należy dodać, że przez cała trasę mieliśmy piękną pogodę.

Środa 06.09.2006

Środa była dniem, który przeznaczyliśmy na zmianę naszego zakwaterowania. Ze Szwajcarki przedostaliśmy się przez Karpniki i Jelenią Górę do schroniska w KarpaczuLiczyrzepa. Tym razem było to schronisko PTSM’u i od razu odczuliśmy korzyść finansową w postaci noclegu za niecałe 15zł. Prysznice były darmowe, pokój trzy razy większy, a do dyspozycji dostaliśmy również kuchnię – jednym słowem bajka.

Pogoda nieco się popsuła i czasami kropił deszcz. Nie martwiło nas to jednak, bo jedyną wyprawą, jaka się odbyła w tym dniu była godzinna wycieczka do świątyni Wang. Sama świątynia nie zrobiła na mnie większego wrażenia. Zauważyliśmy, że w Karkonoszach jest pełno turystów emerytów z Niemiec, a oczywiście polscy sprzedawcy wymyślają sobie korzystny dla nich przelicznik Euro na złotówki (w jednym przypadku 4zł = 2 euro).

W schronisku jesteśmy trochę za wcześnie, bo o 15.30 (wchodzić można od 17), więc okupując pobliską ławeczkę konsumujemy trunki chmielowe, poprawiając sobie humor. Później się okazuje, że schronisko chyba było cały czas otwarte, a my za słabo forsowaliśmy drzwi. Korzystamy z dobrodziejstw kuchni przygotowując jajecznice i spaghetti.

Wieczorem poznaje cztery dziewczyny, które mocno mnie zaskoczyły. Mając po 19 lat same jeżdżą po górach i chodziły po dość konkretnych trasach. Chyba jeszcze nigdy się nie spotkałem, żeby same dziewczyny miały taki zapał – coś pięknego;)

Czwartek 07.09.2006

Śnieżka - KarkonoszeBędąc w Karkonoszach cel jest jasny – dorzucić do Korony Gór Polskich Śnieżkę. Dzień wcześniej dostaliśmy info, że ma być piękna pogoda i w rzeczy samej była. Pierwszy dzień, w który było tak ciepło, że szliśmy w samych podkoszulkach. Mimo, że idziemy w dzień roboczy to na szlaku jest spora ilość turystów.

Przy schronisku Samotnia dane nam było obserwować ćwiczenia GOPR’owców, którzy trenowali różne warianty ratowania z helikoptera – lądowania, zjazdy na linach, itp. Zgodnie stwierdziliśmy, że całe ‘przedstawienie’ najbardziej spodobałoby się nieobecnemu na wyprawie Marcinowi. Po drodze w schronisku Strzecha Akademicka zobaczyliśmy plakat informujący o III przejściu dookoła Kotliny Jeleniogórskiej – 130km, 5000m podejść i 5000m zejść, a na wszystko tylko 40 godzin. Może kiedyś spróbujemy.

Śnieżka Przy podejściu pod samą Śnieżkę strasznie wieje, niby standard, ale nigdy się nie spodziewałem, że aż tak mocno może tam wiać. Na szczycie robimy dłuższą przerwę na posiłek. Schodząc zatrzymujemy się przy cmentarzu ofiar gór. Jest to nasza pierwsza trasa, na którą wchodziliśmy i schodziliśmy różnymi szlakami – łącznie zrobiliśmy ponownie 21km.

Piątek 08.09.2006

W czwartek wieczorem rozważaliśmy różne warianty dnia piątkowego. Musieliśmy przedostać się w pobliże Gór Izerskich, ale jednocześnie chcieliśmy jeszcze tego samego dnia ruszyć w trasę. Niestety okazało się to niemożliwe ze względu na zbyt długie przeprawy autokarowe. W końcu około 12 docieramy po godzinnym marszu do schroniska Wojtek w Szklarskiej Porębie Dolnej. Ponownie PTSM i ceny jeszcze niższe, bo 14zł nocleg. Zdecydowanie było to najprzytulniejsze schronisko na całej wyprawie z bardzo miłymi właścicielami. Skazą na diamencie był tylko trochę trefnie działający prysznic.

PTSM Wojtek Mieliśmy zrobić krótki spacerek do wodospadu Szklarka, a później pozwiedzać Szklarską Porębę. Krótka wyprawa nie była wcale tak krótka i trochę kilometrów nabiliśmy. Dodatkowo dopiero o 17 zjedliśmy śniadanie, bo nigdzie wcześniej nie mogliśmy kupić pieczywa. Po obwitym posiłku nie chciało nam się maszerować do schroniska, więc wsiedliśmy w autobus. Chcąc dojechać 10min wcześniej wybór padł nie na ten PKS, co powinien i wywiózł nas nieco dalej, co zaowocowało 30min przechadzką.

Sobota 09.09.2006

Wysoki KamieńOstatnia wycieczka wyjazdu przypada na Góry Izerskie i zdobycie Wysokiej Kopy (1126m n.p.m.). Szlak jest mało uczęszczany i podczas całej wędrówki spotkaliśmy może z 20 osób. Najgorszy jest odcinek Szklarska – Wysoki Kamień (1058m n.p.m.) – ciągła wspinaczka pod górę. Nagrodą za ten wysiłek są piękne panoramy. Dalej droga już jest dosyć płaska z nielicznymi podejściami i zejściami. Spotkaliśmy nawet kilku rowerzystów na profesjonalnym sprzęcie. Najbardziej rozśmieszył mnie później spotkany pan, który wjechał ścieżką rowerową do kopalni kwarcu na zwykłym góralu, spytał się o drogę na Wysoki Kamień i ku moim przestrogą uznał, że da radę zjechać do Szklarskiej. Przed dojściem do kopalni robimy krótki postój na posiłek i podziwianie malowniczych widoków. Z powodu nieco dziwnego oznakowania na chwilę schodzimy z trasy i przechodzimy przez kopalnię, co owocuje kilkoma ciekawymi zdjęciami. Nieco przyśpieszamy, bo do szczytu został nam kawałek, a przecież jeszcze trzeba wrócić. Wysoka Kopa leży na uboczu od szlaków i oznacza ją jedynie mały niepozorny słupek pomiędzy torfowiskami.

Wracając chcemy minąć kopalnię z innej strony i dzięki temu docieramy do Diabelskiego Kanionu. Tu spotykamy kolejnego szalonego rowerzystę, który próbował zjechać na jego dno. Dalsza droga trochę nam się dłuży, bo wracamy tą samą trasą nabijając na krokomierz 22km.

Góry Izerskie Po powrocie do schroniska wita nas od progu jego opiekun, a również przewodnik górski (niestety nie pamiętam imienia). Bardzo uczynny człowiek, który przysłużył się nam w pewien sposób, oraz podarował przewodnik po schroniskach PTSM’u. Dostaliśmy również Złotą Księgę – najstarsze wpisy były z 1984roku, a była to część IV. Przypadł nam zaszczyt rozpoczęcia części V, ale jakoś nie mieliśmy weny na wpis. Zajęliśmy się robieniem kolacji, a później częściowym pakowaniem, bo pobudka była już o 5.30.

Niedziela 10.09.2006

Wszyscy się obudzili, o 5 bo Agnieszka źle nastawiła budzik. Wstajemy o 5.30 i mimo, że tak wczesna pora, a za oknem dopiero pojawiał się wschód to wstało mi się najlepiej ze wszystkich dni na wyjeździe. Ekspresowo się pakujemy i myjemy. Piotrek jeszcze dokonuje wpisu do księgi, którego nie chciało nam się zrobić dzień wcześniej i o 6.10 opuszczamy schronisko. Według informacji od okolicznych mieszkańców autobus powinien być o 6.40. Problem polegał jednak na tym, że powódź zerwała główna drogę do Szklarskiej Poręby i tak naprawdę nikt nie wiedział jak jeżdżą teraz autobusy. Marźniemy przez 15min na przystanku i powoli tracimy nadzieję. W końcu postanawiamy dojść do głównej drogi licząc, że złapiemy autobus do Jeleniej Góry. Szczęśliwie w momencie rozpoczęcia schodzenia pojawia się nasz pojazd i dojeżdżamy do centrum Szklarskiej, gdzie po 30min oczekiwania wsiadamy do PeKaeSu do Łodzi. W autobusie jest jeszcze zimniej niż na zewnątrz, toteż wszyscy nieźle marzną przez najbliższe 2h. Do Łodzi docieramy o 16 i na tym się wyjazd kończy.



Refleksje

Był to jeden z fajniejszych wyjazdów. Mimo, że zapowiadano deszczową pogodę to padało tylko w nocy lub w dni, w które akurat nie wychodziliśmy w góry, bo zmienialiśmy schroniska. W pozostałe dni pogoda była bardzo ładna. Jednak we wrześniu już czuć jesień i noce są zimne. Mimo, że zrobiliśmy w sumie ok. 100km to chodziliśmy spacerowym krokiem. ŚnieżkaNie było już takiego szaleńczego tempa jak jeszcze kilka lat temu. Często wręcz schodziliśmy ze szlaku i szliśmy lasem bardziej koncentrując się na zbieraniu grzybów niż chodzeniu po górach. Oczywiście taka sytuacja powodowała, że na wycieczkach spędzaliśmy całe dnie i przeważnie wracaliśmy do schroniska ok. 19. Może już się po prostu starzejemy i teraz wypady są bardziej chill out’owe (chociaż czasem takie wolniejsze tempo mnie irytowało). Najważniejsze, że dorzuciliśmy 4 szczyty do Korony Gór Polski, więc plan wykonaliśmy, chociaż w pierwotnej wersji myśleliśmy, że uda się zdobyć 5.

Wyjazd należał do jednych z tańszych, bo po dokładnym dziennym sumowaniu wszystkich wydatków wyszło, że z nasze portfele odchudziły się przez 8 dni o 340zł. Najdroższe były przejazdy, bo na same bilety z i do Łodzi straciliśmy 70zł, a później jakieś 30zł na lokalne podróże.

Wróć || Skocz do góry

Copyright © 2006 - 2007 Wypadowo. Created by Maciej 'Carnagge' Organiściak.