|
 |
|
 |
Szukaj w Wypadowo.com |
|
|
|
Obejście Jeziorska
Wstęp
Jest takie miejsce, w które od początku życia jeżdżę regularnie. Tym miejscem jest Ferdynandów, czyli wieś, w której mieszka mój dziadek. Nic dziwnego, więc, że jestem tam częstym gościem, tym bardziej, że z Łodzi to jedynie 60km. Bajeczna okolica szczególnie wiosną i wczesnym latem. Nieopodal Ferdynandowa znajduje się zalew Jeziorsko, który to od kilku lat planowaliśmy z Piotrkiem przejść w około (szacowany dystans ok. 60km). Nigdy jednak nie mogliśmy znaleźć odpowiedniego terminu, aby taką wyprawę odbyć. Jednak, co się odwlecze to nie uciecze.
11.07.2006
Początek wakacji i już zaczyna mi się nieco nudzić w Łodzi. Postanawiam, więc sprawdzić swoją kondycję po sesyjnym zasiedzeniu i uderzam na Ferdynandów. Piotrek niestety bawi się na Mazurach, toteż pozostaje sam. Oczywiście jak to przeważnie bywa mama nie jest zadowolona z mojego pomysłu (heh, ciekawe jak to będzie jak jej kiedyś powiem, że na Ural jadę), a tata próbuje mnie namówić na wyprawę rowerową. W końcu ustalamy, że ja ruszę rano, a on około południa na rowerze w przeciwnym kierunku i się spotkamy mniej więcej w połowie trasy.
Z tego, co pamiętam to wyruszyłem chwilę po godzinie 6. Śmiesznie wyglądałem z dużym plecakiem mijając osoby goniące krowy na wypas. Uprzedzam nasuwające się pytanie, dlaczego miałem duży plecak – chciałem mieć nieco większy ciężar żeby sprawdzić moją wytrzymałość, dlatego niosłem tam kilka zbędnych rzeczy (ale bez przesady). Można napisać, że tą wyprawę ‘sponsorował’ iPod, bo przez całą wędrówkę dostarczał mi rytmów do dreptania.
Początek wyprawy jest bardzo przyjemny. Ze względu na wczesną porę jest dosyć chłodno, mam duży zapas sił i idzie się cały czas po płaskim. Ruszyłem bezpośrednio z Ferdynandowa i obieram trasę przez Lubolę – Brzeg – Glinno – Wartę. Poruszam się drogami, gdyż trasa przy samym brzegu byłaby niemożliwa ze względu na jego ukształtowanie. Motywacji dodaje fakt, że po 2km spotykam jakiegoś zapaleńca na rowerze z sakwami. Podejrzewam, że jest on tak samo zaskoczony moim widokiem. Pozdrawiamy się zawołaniem ‘cześć!’ i przez chwilę czuję się jak na jakimś ruchliwym szlaku turystycznym. Co prawda przebiega tędy szlak turystyczny, ale przez 20 lat nikogo tutaj z turystów pieszych lub rowerowych nie widziałem. Jak już wspominałem idzie mi się dobrze. Częściowo też, dlatego, że ten etap drogi jest mi dobrze znany i widzę, jakie robię postępy. Po dojściu do Dzierzązny zaczyna się najgorszy odcinek trasy – wchodzę na ruchliwą drogę nr 710. Omijam centrum Warty i kieruje się na północ robiąc sobie dłuższą przerwę w Proboszczowicach na śniadanie.
Po szybkiej regeneracji sił ruszam dalej. Ruszam w nieznane, bo nigdy nie byłem na tym brzegu Jeziorska. Niestety od samego początku nie przypada mi do gustu, bo po tej stronie zalewu trzeba iść po ruchliwej drodze 83. Dodatkowo trasa jest strasznie monotonna – praktycznie cały czas prosta droga, co gorsze, co chwilę jakieś podejścia i zejścia. Przypominają mi się bezkresne drogi w USA, tutaj efekt jest podobny idziesz i zastanawiasz się czy zobaczysz cokolwiek ciekawego za 500 metrów. Powoli upał staje się nie do zniesienia. Przypomnę, że idę w chwili kiedy przez Polskę przetaczały się ponad 30 stopniowe upały. Docieram do miejscowości Jeziorsko i jestem już mocno zmęczony a to dopiero połowa trasy. Odpoczywam dosyć długo i to pozwala mi się spotkać z tatą, gdyż inaczej minęlibyśmy się, bo obraliśmy w tym miejscu dwie różne trasy.
Po krótkiej rozmowie ruszam w dalszą drogę. Na tym odcinku trasy w końcu można zejść z tej beznadziejnej szosy i ruszyć parę kilometrów wałem nad samym zalewem. Schodząc z niego ma miejsce śmieszna sytuacja, bo spotykam parkę w samochodzie, którzy wjechali w ślepą drogę i pytają się mnie, gdzie tu jest jakiś kemping. Tłumaczę im, że nic takiego do tej pory nie widziałem i odsyłam ich na drugi brzeg (bagatela 25 km). Po 1km spaceru po lesie okazuje się, że mieli rację, bo kemping był zaraz obok, niestety nie mogłem w tym momencie podzielić się z nimi tą wiedzą.
W tym momencie, mimo, że mam dokładną mapę nie pokazuje ona polnych drużek, a nie chcąc iść drogą człapię trochę na czuja. To jest właśnie najlepsze w pieszej turystyce, że nie jestem od niczego uzależniony – jak się droga skończy to mały offik i się znajdzie nową. Najważniejsze to zmierzać w dobrym kierunku. W Milkowicach robię krótki postój i stwierdzam, że założenie koszulki na ramiączka nie było najlepszym pomysłem. Ramiona miałem mocno czerwone (w chwili, gdy piszę jest marzec, a cały czas widać u mnie różnice w opaleniźnie). Na szczęście mnie nie pieką, ale zasłaniam je bawełnianą chustą. Mam, co prawda T-shirt w plecaku, ale jest okropnie gorąco i nie mam zamiaru go zakładać.
Dochodząc do Kościanki natrafiam na spory ośrodek rekreacyjny. Robię godzinną przerwę i biwakuje na karimacie. Jestem potwornie zmęczony. Przeszedłem coś około 40km i czuje każde ścięgno w nogach i stopach. Niestety trzeba ruszać dalej. Prawdziwy kryzys formy nadchodzi na tamie. Ponad 3km idealnie prostej i płaskiej drogi, a po bokach te same barierki. Idąc mam wrażenie, że stoję w miejscu. Bolące nogi i upał powodują, że zmęczenie powoli staje się nie do wytrzymania. Z przemęczenia mam ochotę wymiotować. Zaczynam mocno walczyć z samym sobą. W głowie, co raz głośniej słyszę pomysł, aby zadzwonić do domu, żeby ktoś po mnie przyjechał – jestem jedynie i aż 15 km od domu. Jednak moja ambicja nie daje za wygraną, nie przeszedłem 40km, żeby teraz się poddać. Kilka razy musze przystawać, bo czuje się jakbym miał zemdleć, ale dzielnie idę dalej. W końcu widzę upragniony koniec tej przeklętej tamy. Wchodzę w polną drogę. Niestety jak na złość brakuje jakiegoś zacienionego miejsca, żeby odpocząć. Postanawiam przejść jeszcze kilometr i dotrzeć do sklepu. Rozłożywszy się na ławeczce przez prawie godzinę nie mam ochoty się ruszyć. Tutaj pewien pan zaciekawiony moją osobą zagaduje mnie o wyprawę.
Zaczyna się ostatni etap – ok. 10km. Wstając czuję się jakby wszystkie ścięgna w kolanach mi wysiadły. Z każdym zgięciem czuję ból, ale na szczęście po rozruszaniu się nie jest tak źle. Dostaje nieco otuchy, bo jestem na brzegu, który znam i wiem ile mi dokładnie pozostało do przejścia. Jest, po 17 więc słońce przestało mocno grzać. Wszystkie te czynniki nie zmieniają jednak faktu, że jestem mocno zmęczony, ale wiem, że na pewno dojdę do celu. Trochę eksperymentuje z drogami, aby skrócić trasę jak tylko się da. Idąc w Pęczniewie przez stawy rybne znowu wydaje się, że droga ciągnie się w nieskończoność. Przejeżdżając tędy tyle razy samochodem lub rowerem nigdy nie zastanawiałem się jak długo trzeba iść ‘z buta’. Za stawami odbijam na wały i dochodzę do domu około 19. Porządnie zmęczony, ale jak to zawsze bywa w chwili osiągnięcia sukcesu wyczerpanie znika, a pojawia się euforia.
Przeszedłem ok. 55km w 12h z licznymi przerwami. Mimo słabej kondycji to tempo miałem dobre, bo szedłem z prędkością powyżej 5km/h, czyli więcej niż średnia. Kolana przy zginaniu bolały mnie jeszcze przez kilka dni, a z ramion zaczęły schodzić całe płaty skóry (ale najważniejsze, że nie piekły). Podejrzewam, że kiedyś jeszcze tę trasę powtórzę, ale będąc lepiej przygotowanym.
Wróć || Skocz do góry
| |
 |
|