|
 |
|
 |
Szukaj w Wypadowo.com |
|
|
|
Beskid Śląski i Beskid Mały
GALERIA ZDJĘĆ
Wstęp
Wyprawa w góry w ferie zimowe nie wypaliła z powodów personalnych, ale cały czas szykowaliśmy się na marcowe uderzenie. Już na początku miesiąca ustaliliśmy z Piotrkiem, że najbardziej prawdopodobna wersja to przełom marca i kwietnia. Wystarczyło, żeby tylko Marta dostała dzień wolny w pracy, Agnieszka zaliczyła egzamin, a reszta zwiała z zajęć i mogliśmy ruszyć;)
Piotrek przychylił się do moich propozycji i za cel obraliśmy Beskid Śląski, a od siebie dorzucił Beskid Mały. Niestety nie udało się wspólnie wyruszyć i zostaliśmy podzieleni na dwie wyprawy – pierwsza w składzie - Marta, Agnieszka S. i Piotrek, oraz druga – Agnieszka J., Błażej i Maciek + nasza nowa maskotka – pamiętny Szczurek z krakowskiego dworca:)
Piątek 30.03.2007
Marta, Agnieszka S. i Piotrek wyruszają już o 4 rano pociągiem do Bielska Białej. Niestety egzamin Agnieszki J. (i to bynajmniej nie poprawkowy;) nie pozwala nam wystartować razem z nimi. Ze względu na marne połączenia PKP pozostaje nam jedyna opcja w postaci samochodu, jeżeli chcemy myśleć o jakimkolwiek wspólnym zdobywaniu Beskidu Śląskiego w sobotę. Toteż prosto po zajęciach wskakujemy do mojego Matiza i ruszamy w nasze ukochane góry. Dla mnie jest to dziewicza podróż swoim autkiem w tak odległe rejony, jednak jedzie się szybko, bo droga jest prosta jak strzała, a czas upływa na miłych pogawędkach. Spowalniają nas jedynie korki w większych miastach na trasie. W Częstochowie dostajemy info, że pierwsza ekipa zdobyła Czupel w Beskidzie Małym i rozpoczyna powolne schodzenie ku naszej wspólnej kwaterze.
Po 4,5h pełni optymizmu zdobywamy Szczyrk. Radość nasza jest tym większa, bo spaliliśmy o ponad połowę mniej benzyny niż planowaliśmy, co wiąże się z niewątpliwą korzyścią finansową.
Okazuje się, że do celu dotarliśmy zaledwie kilkanaście minut po przyjściu Marty, Agnieszki i Piotrka. Są oni już mocno zmęczeni, gdyż dzisiejszy etap pokonywali z całym dobytkiem na plecach. Postanawiamy jednak wszyscy udać się do baru naprzeciwko, gdzie przy piwku rozgrywamy kilka partyjek bilarda. Oczywiście nie mogłem przepuścić takiej okazji i pokazuje kilka magicznych zagrań w tym niesamowite rozbicie bil;)
Po 22 wracamy na kwaterę i idziemy wcześnie spać, aby nabrać sił na jutrzejszą podróż. Kto idzie spać ten idzie, bo w naszym pokoju mimo, że rozsądek podpowiada inaczej to zasypiamy dopiero po 2 kiedy kończą nam się wszystkie niesamowite historie do opowiedzenia.
Sobota 31.03.2007
Siódma rano i słońce swoimi promykami wyciąga nas z łóżeczek. Pogoda zapowiada się super, więc czego chcieć więcej? Szybka toaleta, buciki na nogi, plecaki na plecy i o 8 opuszczamy nasze lokum. Jeszcze tylko śniadanko pod sklepem i możemy ruszać na szlak. Aby nie wdrapywać się na Skrzyczne (1257 m n.p.m.) nartostradą wybieramy zielony szlak, który leniwie wyprowadza nas z centrum Szczyrku. Trasa do trudnych nie należy i jest idealna na rodzinny wypad. Po krótkiej przechadzce gubimy na chwilę szlak, który jest niezbyt dobrze oznakowany i zmusza nas do poszukiwań właściwej drogi. Niedługo po tym zielony szlak łączy się z czerwonym i zmierzamy w kierunku nartostrady. Jak się okazuje mimo końca marca panują jeszcze nawet przyzwoite warunki narciarskie i co chwilę mijają nas maniacy białego szaleństwa. Śmiesznie wyglądamy nieudacznie trawersując wzdłuż stoku. Trasa ta w tym momencie staje się dość niebezpieczna, gdyż szlak jest poprowadzony w ten sposób, że zmusza nas do kilkukrotnego przekraczania nartostrady. Duże nachylenie stoku i połacie lodu sprawiają, że kilkoro z nas zalicza glebę. Mistrzem oczywiście jest Marta – jak przystało na Kulawego Liska jak już gibnie to ciężko jej wstać;) Sytuacje pogarsza fakt, że przez stok należy przechodzić szybko ze względu na szaleńczo jeżdżących narciarzy. W sezonie radzę unikać tej trasy, gdyż stłuczka jest bardzo prawdopodobna.
Po niezbyt miłych chwilach na nartostradzie szlak odbija w końcu w bok i prowadzi przez spokojniejsze rejony pozwalając rozkoszować się pięknymi panoramami. Naprawdę jest, co podziwiać! Problem stanowi jedynie śnieg, którego jest tak dużo, że czasami zapadamy się po pas. Oznaczeń szlaku zupełnie nie widać, więc kierujemy się po śladach stóp pozostawionych przez jakiegoś wędrowca. Przeprawa do schroniska trwa dosyć długo ze względu na nieprzyjazne podłoże. Kiedy osiągamy Skrzyczne nasze buty są kompletnie przemoczone. Czujemy się jakbyśmy przed chwilą szturmowali górski potok. Odpoczywając przy schronisku, suszymy obuwie. Jak się szybko okazuje nie tylko nas zaskoczyły takie warunki i inni wędrowcy również wyskakują ze swoich butów.
Trzeba nadmienić, że schronisko w Szczyrku jest bardzo komercyjne i opanowane głównie przez maniaków białego szaleństwa i lansiarstwa. Nie dziwi nas, więc widok wygrzewających się w leżakach pań w szpilkach. Zdziwił nas natomiast pies – chiuaua, który został wniesiony tutaj w torbie i był ubrany w dres Adidasa. Jak to mówią – jaki pies taki właściciel.
Jest już po 14 i uznajemy, że więcej nic konkretnego dzisiaj nie zdobędziemy. Robimy pozorne głosowanie i nie przykładając dużej uwagi do jego rezultatu udajemy się na godzinny spacer do Malinowskiej Skały (1152 m n.p.m.) na której wg. mapy jest punkt widokowy. Zdobycie celu obfituje jedynie w dosypanie większej ilości śniegu do butów, bo jak się okazuje skała jest w lesie i przez gąszcz drzew nic nie widać. Szkoda, że nie mieliśmy więcej czasu, aby zwiedzić Jaskinie Malinowską. Wg. informacji z internetu można ją spenetrować na własną rękę, a na sam dół prowadzi 15 metrowa drabina. Mogło być ciekawie, ale przynajmniej będzie powód, aby jeszcze kiedyś tu wrócić. W drodze powrotnej do schroniska czuje jak podczas każdego kroku woda przelewa mi się w bucie od pięty do palców. Agnieszka S. z nadmiaru wody musi zdjąć buty i wykręcić skarpetki.
Po dotarciu do schroniska wybieramy drogę powrotną na dół w postaci zjazdu wyciągiem. Podróż jak dla mnie należy do średnio przyjemnych, bo na kolejce mocno wieje, a w dotyku ma ona tempo charakterystyczne dla ślimaka. Przed dotarciem na kwaterę decydujemy się zwieńczyć wyprawę frytkami i grzanym piwkiem. W domu zabieram się z Agnieszką J. i Błażejem do gotowania chińszczyzny. Przygotowywanie kolacji trochę się dłuży, ale czas ‘umila’ nam właścicielka kwatery swoimi opowieściami i poradami. Kiedy zregenerowaliśmy siły rozpoczyna się debata jak spędzamy wieczór. W końcu zostaliśmy zmuszeni do wypicia piwka w domu, bo w barze naprzeciwko odbywała się zamknięta impreza. Błażej z Agnieszką jeszcze długo rozmawiali, ja niestety opadłem z sił tego wieczora, ale dzielnie na pół jawie starałem się przynajmniej biernie uczestniczyć w opowieściach.
Niedziela 01.04.2007
Oj ciężko się wstaje na drugi dzień… Mogliśmy sobie pozwolić na nieco lenistwa i zwlec się z łóżek o 8, gdyż istniały dwie wersje trasy – krótsza i dłuższa. Oczywiście ta pierwsza była jedynie opcją awaryjną;) Dzień zaczyna się niestety od pożegnania, gdyż Marta, Aga S. i Piotrek wracają do domu i muszą zdążyć na pociąg na 10 do Bielska Białej. Zostajemy, więc tylko w trójkę i dzisiejszym planem jest zdobycie tego, co nas ominęło w piątek – Czupel (933 m n.p.m.) w Beskidzie Małym.
Agnieszka z Błażejem zjadają lekkie śniadanko, a ja pozostaje wierny tradycji konsumpcji na szlaku, lub raczej braku robienia zapasów;) Odpalamy naszą czerwoną błyskawicę i ruszamy ze Szczyrku do Łodygowic. Plan wsi trochę się nie zgadza z tym, co widzimy w rzeczywistości, ale bez większych sensacji udaje nam się osiągnąć Łodygowice – Porąbki, skąd ruszamy zielonym szlakiem. Trasa leniwie wyprowadza nas ze wsi pod górę pozwalając delektować się sielankowym krajobrazem. Po chwili cała wyprawa przypomina bardziej niedzielny spacer po lesie. Naszym obiektem zainteresowania pada przydrożna ambona, którą próbuje sforsować Aga. Niedługo potem docieramy na szczyt Przysłop (601m n.p.m.), będący punktem rozdzielenia szlaków. Bardzo zaskakuje mnie fakt dobrego oznakowania szlaków. Oprócz standardowych tabliczek na drzewach, znajdują się jeszcze tabliczki informujące o szczytach pośrednich. W tych okolicach spodziewałem się bardziej oznaczeń w stylu Kotliny Kłodzkiej, czyli żadnych, a tutaj miła niespodzianka.
Z zielonego szlaku przerzucamy się na żółty, który rozpieszcza nas miłym spacerkiem, a pod koniec wręcz schodzeniem w dół. Kierujemy się na Koleby mijając po drodze Gronik – 611m n.p.m. i Solisko 639m n.p.m. Odpoczywamy przy charakterystycznym punkcie turystycznym – Diablim Kamieniu posilając się ciasteczkami. Znowu zmieniamy kolor szlaku tym razem na czerwony. Od tego momentu zaczyna się, co raz bardziej strome podchodzenie do góry (respekt dla Agnieszki S., Marty i Piotrka jak tędy człapali z dużymi plecakami). Przed szczytem robimy sobie dłuższą przerwę na wylegiwanie i wchłanianie promieni słonecznych. Jest naprawdę ciepło i można ograniczyć górne odzienie do t-shirt’ów. Po ‘naładowaniu’ naszych bateryjek szybko zdobywamy Czupel (933m n.p.m.) – najwyższy szczyt Beskidu Małego. Tabliczka oznaczająca to miejsce znajduje się schowana w korze drzewa. Sam szczyt, a raczej jego poszycie jest mocno zniszczone przez wiejące wiatry, dzięki czemu można podziwiać rozległą panoramę.
Ze względu na to, że mamy bardzo dobry czas przejścia i jeszcze nas nie było na niebieskim szlaku to trzeba zaliczyć wszystkie kolory Beskidu Małego i obrać powrotną drogę przez Czernichów. Przed samą wsią robimy postój na spóźniony obiad, po którym główną atrakcją fotograficzną staje się jaszczurka. Po zejściu do Czernichowa na Błażeja i Agę czeka niemiła niespodzianka, bo się okazuje, że trzeba z powrotem podchodzić pod górę zielonym szlakiem, aby wrócić do Łodygowic. W gruncie rzeczy sam jestem nieco zaskoczony, bo nie przypuszczałem, że zejdziemy, aż tak nisko, a pikanterii dodała strzałka ‘Łodygowice 2,5h’. Jednak odnosiło się to do centrum wsi, dzięki czemu zaoszczędzaliśmy godzinę, bo zaparkowaliśmy zaraz przy jej końcu. Fragment tego szlaku jest chyba intensywnie uczęszczany przez liczne rzesze weekendowych wypadów, o czym świadczy tona walających się śmieci. Wszyscy już powoli tracimy siły, bo trasa należy do dość żmudnych i ubogich w jakiekolwiek widoki. Jednak po godzinie docieramy do znanego nam rozwidlenia na Przysłopie i uderzamy w kierunku Łodygowic marząc, co sobie kupimy w sklepie. Niestety moje pragnienie zakupu najpopularniejszego napoju, który ‘wita nas po radosnej stronie życia’ spełzły na niczym, bo najwidoczniej w Łodygowicach nie jest on tak popularny jak się wydaje. Co gorsze lodówka w sklepie, jak to stwierdził jeden kabaret, odmówiła posługi, więc zrezygnowałem z dokonania zakupów.
Po powrocie na kwaterę ogarnia nas mega lenistwo. Żartuję, że przypomina to warunki na 5 tyś. m kiedy każdy zbędny ruch powoduje męczenie. W ten sposób marnujemy 2h zanim ktokolwiek jest w stanie zejść do kuchni upichcić eksperymentalne kiełbaski z makaronem w sosie od spaghetti. Po posiłku decydujemy, że dzisiaj z braku sił zostajemy w domu. Tej nocy Agnieszka odpada jako pierwsza, a nocne dywagacje do północy prowadzę razem z Błażejem.
Poniedziałek 02.04.2007
Nasz dzień wyjazdowy. Postanawiamy go jednak w pełni wykorzystać i zdobyć jeszcze jeden szczyt. Wybór pada na Klimczok (1117m n.p.m.), ze względu na krótkość trasy. Dodatkowo mamy to szczęście, że nasza kwatera znajduje się od razu przy zielonym szlaku, którym zaczynamy podchodzenie. Na pierwszym etapie trasy towarzyszą nam dwa psy, które Agnieszka postanowiła dokarmić. Po krótkim czasie stają się szkodnikami, bo nie można zjeść przy nich śniadania w spokoju, dobrze, że swoją wyprawę zakończyły wraz z granicami Szczyrku. Jesteśmy tak pochłonięci rozmową, że mało brakowało abyśmy wpadli na sarny stojące na samym środku drogi, bo jakoś nikt ich nie zauważył. Klimczok zwany tez Goryczną Skałką osiągamy już po 1,5h. W ostatnim etapie trzeba się wdrapać pod małe wzniesienie będące stokiem narciarskim. Tutaj podobnie jak na Szczyrku warunki sprzyjają narciarzom i nawet dwóch śmiga po stoku (niestety muszą również podchodzić, bo wyciąg nie działa).
Po zdobyciu Klimczoka pogoda zaczyna się nieco psuć. Pojawiają się pojedyncze chmury, które przysłaniając słońce sprawiają, że robi się zimnawo. Warto zwrócić uwagę, że przy schronisku jest trochę zamieszanie ze szlakami. Wg. mapy Eko-Graf i mapy znajdującej się przy schronisku wynika, że zielony i niebieski szlak wiedzie przy wyciągu narciarskim. Natomiast my wchodząc zielonym wyszliśmy przy schronisku, co na mapach jest oznaczone jako ścieżka leśna – natomiast na drzewach są symbole szlaku. Widać, że zaszła pewna zmiana i teraz szlaki są na krótkim odcinku oznakowane podwójnie, toteż nie ma znaczenia, czy zejdziemy do wyciągu, czy ruszymy spod schroniska. My decydujemy się jednak na tą pierwszą wersję, bo zamierzamy wrócić niebieskim szlakiem i nie jesteśmy pewni, kiedy on odbija. Jak się później okazuje wybór trasy nie ma znaczenia.
Przy schodzeniu naszą uwagę zastanawia symboliczny grób wyryty w kamieniu upamiętniający śmierć pewnego chłopaka. Znajduje się on w takim miejscu, że ciężko wywnioskować, co się mogło stać, gdyż nie ma większych spadków terenu. Przypuszczenie pada na piorun. Jakby ktoś posiadał informacje na temat tego wypadku byłbym wdzięczny za mail’a. Dla innych niech będzie to przestrogą, że w górach nawet na małych wysokościach i płaskiej drodze można stracić życie.
Szybko wracamy do domu i cała trasę ukończyliśmy w około 3,5h. Pozostaje się jedynie umyć, spakować, coś zjeść i ruszyć w trasę do Łodzi. Na koniec czeka nas jeszcze niemiły incydent z właścicielem posesji, na której stał nasz samochód. Otóż wymyślił on sobie, że akurat dzisiaj musi zacementować dziury na podjeździe, dobrze wiedząc, że będziemy wyjeżdżać i zażyczył sobie 20zł za straty po przejeździe. Oczywiście nie zamierzałem nic płacić i nic nie zapłaciłem, ale pewien niesmak pozostał po przepychankach słownych.
W drugą stronę jedzie się szybciej, gdyż omijamy zakorkowane okolice Katowic i do Łodzi dojeżdżamy po 4h. Robiąc jedną przerwę w Macu w Częstochowie. Oficjalnie wyprawa kończy się u Agnieszki w domu, gdzie przy herbatce czekamy na transport dla Błażeja. Zapomniałem jeszcze wcześniej wspomnieć, że miał on pecha i akurat w ostatni dzień się nieco rozchorował.
Podsumowanie
Wyjazd należał do bardzo udanych i w gruncie rzeczy tanich, gdyż benzyna wyniosła połowę tego, co planowaliśmy. Pogoda również nam dopisała. Jest to wskazówka, że należy częściej robić sobie takie regenerujące wycieczki w góry w czasie roku akademickiego.
Najważniejsze jednak, że dzięki temu wyjazdowi zyskałem dwóch nowych kompanów do wypraw w góry:) Stara ekipa się już niestety powoli wykrusza, co widać po Marcie, która teraz musi kombinować z urlopami. Marcin tak samo wcześniej miał problemy z urlopem, a teraz jak zaczął dodatkowo studiować to już w ogóle chłopak nie ma czasu na wyjazdy. No a Piotrkowi z Agą został już tylko ostatni rok na uczelni…
Wróć || Skocz do góry
| |
 |
|